Ze specjalną dedykacją dla Arka.. ze względu na OGÓŁ! ;D
..ale też trochę dla Radosława, ze względu na bardzo ciekawe "elementy" architektoniczne występujące tym rozdziale historii ;)
oraz dla Adriana, ze względu na klimat i "pogiętość" opisanych tu sytuacji ;)
DZIEŃ DWUNASTY – Brno, 04.02.2009
Rano zajęcia, na które troszkę się spóźniłam, bo wprawdzie nie zaspałam, ale nie mogłam się jakoś rano wygrzebać z domu. Pogoda denna, ciśnienie do bani, a w dodatku Dorota szła dziś na późniejszą godzinę, więc nie wstawała ze mnią i to również jakoś nie motywowało do sprawnego ogarnięcia się i wyjścia. Za to Violka chyba dziś w ogóle nie miała zamiaru wstawać, bo tylko przysłała mi bezczelnego smsa, że dziś dezerteruje z zajęć ;)
Na przystanku spotkałam Jonatana, który był dziś w równie beznadziejnym stanie co ja, wstał chyba z pół godziny za późno, wobec czego jak nigdy dotąd, przyleciał na trolej (zawsze chodził pieszo). Podjechaliśmy te 3 przystanki, po czym pogalopowaliśmy z przystanku na uczelnię... po to by następnie siedzieć bezczynnie pół godziny w sali, czekając na uczycielkę, która tego akurat ranka utknęła na trasie, zamknięta w tramwaju, bo była awaria prądu.
Po zajęciach, poszliśmy tradycyjnie na obiad do “naszej” knajpy Max Orginal Pub, w równie tradycyjnym składzie, czyli ja, Dorota i Jonatan.
Dzisiejszy zestaw dnia, był dość osobliwy... Zupa gulaszowa i naleśniki na słodko. Wydziwialiśmy nad tym trochę, ale zjedliśmy, zresztą wszystko z osobna było bardzo dobre. Tym razem postanowiłam przezornie milczeć ile wlezie i o nic już nie pytać obsługi, przez co Jonatan nie miał dziś już żadnych gratisów.
I tak by ich już zresztą w siebie nie wlał, biorąc pod uwagę istne hektolitry kawy, jakie spożył rano i podczas przerwy, w Domecku... Na domaci ukol, też tym razem nie mieliśmy ani siły, ani weny – tym bardziej, że zaczęliśmy właśnie przerabiać imperativ, którego zasad tworzenia połowa grupy nie rozumie, w tym niestety my.
Gdy tylko zjedliśmy dobiły do nas Violka i Alina, po czym ruszyliśmy pod przewodnictwem Jonatana, do willi Tutenhamona... czyli tak naprawdę - villi Tugenhadt.
Kto wymyślił tego Tutenhamona, już nie pamiętam, ale przyjął się błyskawicznie. Tugenhadtów nikt nie mógł zapamiętać, Tutenhamona skojarzyli wszyscy, niezależnie od kraju pochodzenia. I tak już zostało.
W każdym razie, kilka dni temu postanowiłam w końcu zobaczyć ten niezwykły okaz modernistycznej architektury, a Alina, która to usłyszała obiecała załatwić nam grupowy wstęp na dziś – przez swoją koleżankę. Na zajęciach zaś, czy już może w trolejbusie, zupełnie przez przypadek okazało się, że Jonatan również umówił się na dziś o 16.00, mimo że zrobił to zupełnie indywidualnie, nic o naszych planach nie wiedząc.
W drodze do willi zaczęło padać, ale udawaliśmy, że tego nie widzimy.
Zapewne należałoby pominąć milczeniem drobny fakt, że staliśmy następnie z dobre 15-20 minut przed willą, zastanawiając się jak do niej wejść...
O konsternująca potęgo modernizmu i tablic z zakazami!
Staliśmy tak grupowo, wnikliwie oglądając siatkę płotu, furtkę zamkniętą na głucho oraz sporą ilość wyżej wymienionych tablic ostrzegawczo – informująco – zabraniających, z których wynikało, że wszystko jest monitorowane, pod napięciem, sprzężone z ochroną i należy zaniechać jakichkolwiek prób wdarcia się, o fotografowaniu nie wspominając. W ogóle najlepiej niczego nie dotykać, tylko zrobić w tył zwrot i oddalić się kurcgalopkiem.
Oczywiście w związku z tym, przeczytawszy wszytko niezmiernie dokładnie – najpierw zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie z obiektem w tle, a następnie zaległa pełna koncentracji cisza, podczas gdy Jonatan celując przez chwilę w skupieniu palcem – nacisnął dzwonek przy furtce...
Wstrzymaliśmy oddech i zamarliśmy wszyscy w bezruchu, w napięciu czekając na skutki tego straszliwego czynu!
Wszyscy, oprócz Jonatana, który natychmiast po jego dokonaniu, jakoś dziwnie skurczył się i skulił, chichocząc nerwowo przetruchtał od furtki do naszej grupki, a tam skłębił się w sobie jeszcze bardziej, po czym stanął w tym osobliwym przykurczu za naszymi plecami usiłując jednocześnie szczelnie się nami zasłonić i wyglądąć zza nas, aby broń Boże, czegoś nie przegapić! Nie bardzo mu to wychodziło...
O dziwo – nic się nie stało.
Żadne krwiożercze bestie na nas nie wypadły, kraty na nas nie spadły, nie nadjechała z rykiem syren policja, ani z piskiem opon ochrona, żadnego snajpera nie wypatrzyliśmy i grom w nas nie strzelił. Mimo to, pozostaliśmy zbici ciasno w grupkę, czujni i nieufni jeszcze z dobre 10 minut, póki nie znaleźli nas jacyś Rosjanie i Hiszpanka z innych grup, którzy też akurat dzisiaj postanowili zwiedzić willę! Ledwo zdążyliśmy otworzyć paszcze, aby odpowiedzieć na ich pytania co robimy i jak tu się wchodzi – a tu punktualnie o 16.00 z budowli wychynęła babka.. sama z siebie! Mierząc nas dziwnym wzrokiem – wpuściła nas do środka, zaganiając od razu do kasy.
Wstęp 60 KC – za bilet studencki.
Villa super! Choć z zewnątrz, od strony ulicy, może trochę rozczarowywać – wnętrze robi naprawdę wrażenie! * To był zdecydowanie najlepszy punkt tego dnia!
Niestety, kiedy już wracaliśmy zaczęło lać. Zmarznięci i zmoknięci, szybko doszliśmy gremialnie do wniosku, że trzeba gdzieś się zadekować i przeczekać... byle gdzie, byle nam nie padało na łeb i byle dawali tam coś ciepłego do picia!
Wylądowaliśmy w pierwszej lepszej kawiarni, która okazała się dość miła, ale było w niej wręcz upiornie duszno. Skutkiem czego, zanim każdy dostał to, co zamówił – a trwało to dość długo, gdyż na 8 osób dysponowaliśmy zaledwie dwiema kartami – połowę towarzystwa rozbolała głowa, drugiej połowie zrobiło się słabo, za to wszyscy przybrali na twarzach kolor purpury i zaczęli dość poważnie rozważać możliwość rozebrania się do bielizny. Ostatecznie, pochłonęliśmy nasze rozgrzewające dodatkowo napoje w tempie raczej ekspresowym, czemu z witraża na suficie przyglądał się dziwnie zniekształcony i potwornie różowy prosiak, zezujący nam do filiżanek...
...i uciekliśmy stamtąd z niejaką ulgą, za to znów w deszcz i przejmujące wietrzysko.
Następnie towarzystwo w większości rozbiegło się w różne strony, do swoich domów i innych zadań – także zostałyśmy z Violką we dwie i ruszyłyśmy do cholernej “Leitnerovej”...
... która prawdę mówiąc już w tym momencie zaczynała mi wychodzić bokiem, a jeszcze nie wiedziałam jakie atrakcje przede mną!
Drugie podejście do owej knajpy, było o tyle szczęśliwsze, że knajpa tym razem okazała się otwarta. I na tym się mniej więcej nasze szczęście kończyło. Wrażenia jakich tam doznałyśmy (a przypominam, że byłyśmy już zaprawione dzięki zezowatemu, niekształtnemu prosiakowi z witraża, zezującemu nam do filiżanek), doprawdy trudno oddać słowami. Dość, że zapłaciłyśmy po 60KC za “wieczór folkowy”... który z folkiem miał tyle wspólnego, że w jednym (słownie: JEDNYM) utworze, facet poproszony gościnnie na scenę, wyjął skądś róg I wydobył z niego 4 dźwięki... @____@
Cały koncert odbywał się na tyłach knajpy, w salce przypominającej wystrojem świetlicę lub stołówkę w ośrodku wypoczynkowym z lat 60tych.
Na spowitej ciemnościami scenie, wystąpił zespół w składzie:
nawiedzony keyboardzista rodem z występów w salce parafialnej,
perkusista wyglądający jak na ciężkim haju i przejawiający przedziwną właściwość, która polegała na tym, że podczas grania miał albo zamknięte oczy i otwarte usta, albo odwrotnie, ale podczas tej drugiej opcji patrzył wyłącznie w sufit.
jeden potwornie gruby gitarzysta, ledwo sięgający rękoma do opierającej się niemal metr przed nim, na ogromnym brzuszysku, gitary.
drugi gitarzysta zapewne dla równowagi, wyglądał jak spowite w przykurzoną czerń (równą ciemnościom panującym na sali) skrzyżowanie anorektycznego kominiarza ze strachem na wróble, w czym wydatnie pomagał zabójczy czarny kapelusik, stylowo przejechany kilkakrotnie przez ciężarówkę... (a przynajmniej tak wyglądał). Co ciekawe, ów gitarzysta podczas grania spoglądał głównie na swoje stopy (zapewne dla przeciwwagi względem kontemplującego sufit perkusisty..)
Całość uzupełniała, podejrzanie zwyczajnie wyglądająca, wokalistka w średnim wieku, która jednak dziwnym trafem całą swoją osobą przywodziła nieodparcie na myśl klimaty w stylu:
“Właścicielka baru przy szosie, w zabitej dechami wsi, zbudowanej przy przelotówce... Cztery domy na krzyż przy tej aswaltówce, co leci przez wieś prosto jak w pysk strzelił, a na jej końcu ów bar, jedyny w okolicy, prowadzony przez ową "miłą panią z zacięciem artystycznym", która po 18.00 zamyka bar oficjalnie, po czym po godzinach raczy sąsiadów i znajomych śpiewem piosenek autorstwa własnego oraz zaprzyjaźnionych samozwańczych kompozytorów”...
Ogólnie nie mam nic przeciwko. Śpiewajmy, grajmy i bawmy się, im częściej tym lepiej – na zdrowie! Ale nie wynośmy wszystkiego do rangi sztuki, a już tym bardziej nie nazywajmy czegoś czymś, czym nie jest i nie wprowadzajmy w błąd potencjalnych odbiorców!
W efekcie, przez bite dwa utwory siedziałyśmy z Violką bez ruchu, wlepiając oczy w to panoptikum i usiłując zrozumieć, co my właściwie widzimy, co słyszymy... i co my tu w ogóle robimy?!
W trakcie trzeciego utworu nieco nas odblokowało i zaczęłyśmy z niedowierzaniem komentować zastaną rzeczywistość oraz wzajemnie się upewniać, że nie zaszła jakaś pomyłka, ewentualnie, że nie oglądamy właśnie jakiegoś przeoczonego supportu przed główną częścią wieczoru... czym spowodowałyśmy karcące sykanie akustyka, siedzącego akurat tuż za naszymi plecami.
Pod koniec trzeciego utworu dobiła do nas Kaśka z mojej grupy, która przesiedziała z bardzo dziwnym i nieodgadnionym wyrazem twarzy cały utwór numer cztery, powtarzając przy tym monotonnie półgłosem: “Nie, nooo.... SĄ gorsze rzeczy... Nie no, nie wszystko musi być przecież idealne... “ bardzo mało przekonującym tonem, czym oczywiście doprowadziła nas do tłumionego usilnie ataku śmiechu. W tym celu, zaczęłyśmy z Violą dość gwałtownie i sporymi haustami opróżniać nasze kubki z grzanym winem, rozpaczliwie starając się nie zakrztusić oraz powstrzymać parskanie i lecące nam już ze śmiechu łzy...
I na to właśnie, w utworze piątym, na scenę wstąpił wspomniany już facet z rogiem, z którego z namaszczeniem wydobył równo cztery dźwięki...
Obwieszczając tym samym definitywny koniec naszej wytrzymałości!
“Masz swój element folkowy!” pisnęłam w ucho Violce, która przez połowę spędzonego tam przez nas czasu, coraz żałośniej mnie pytała - co to do cholery ma wspólnego z folkiem?!
I słusznie. Efekt tego był jednak taki, że w tym momencie dostałyśmy histerycznego ataku śmiechu, którego już nie udało nam się w żaden sposób stłumić i opanować. Wobec czego, z pierwszymi oznakami zainteresowania naszymi osobami niewielkiej grupki fanów wpatrzonych dotychczas z uwielbieniem w scenę i reprezentujących sobą zbieraninę niemal równie kuriozalną, co muzycy – zwyczajnie uciekłyśmy z sali!
Co z pewnością, przynajmniej w pewnym stopniu, ocaliło naszą psychikę...
Wróciłyśmy do akademika w strugach deszczu, mokre jak ściery... no i nie zdążyłam na jutro napisać eseju :-/
* Dla zainteresowanych: w marcu bieżącego roku willa znów zostanie udostępniona zwiedzającym, po 2 letnim okresie, podczas którego była zamknięta z powodu remontu!
Dajcie znać, jeśli będziecie się wybierać – ja już planuję! :)
Więcej i szerzej o willi – tutaj:
http://www.tugendhat.eu/?lang=cz