sobota, 24 listopada 2012

Little houses and a model...

It's been awhile I wrote here anything. I'm sorry for all, who had difficulties with contact with me last time.. believe me or not, it's all about little houses! :)

Ok, not all, but mostly.
At the end of October I get some entertaining order from one museum. I have to make about 70 small houses which will be used to built a model of one smaller city, to show how it looked in XVIII century. Sound nice, ha? :)  And it really is, even it's quite a lot of work with it.. And  it need: patient and precision! So yes, must admit, there was really few moments when I felt I'm going mad by doing it.. ;)

But generally it is fun. And interresting expierience. (I've been made some model before, true. It was the model of new builted stage of one theater in my city. I had to made it, as the director of that theater  wanted to see how it will be look like before it will be built. But that was long time ago and something different than a historical model of all small city! :)

Anyway, two days ago, a friend of mine I make this model with, came to me with a big sheet of paper on which he draw some kind of map. (He is resposibility for a historical urban project of our model and draw it based on nowadays urban assumptions and some historical documents). I saw it first time in final scale and my friend saw first time houses I made... As it was halfway point of our time for that order, it was really good to see the effects of our last-3-weeks work! What more, to see that we did a good job and that both parts suits to each other :D     Huh... Now I can calmly make the rest of the houses! :) Keep cross fingers for us, guys! ;)

Houses and their Maker ;)


And all together... :)






środa, 3 października 2012

No dobra... Dawno nie było komiksu... 
Za to dawno, dawno temu... - dokładnie w zeszłym roku - był koncert. 
Z którego obiecałam Wam komiks. No i cóż... W końcu nastał ten czas! 
Komiks cudownie odnalazł się, w końcu został skończony i...  Oto jest:


ENG:
1. Jochen Vogel  Poznań 2011
2. <<sounds of the harp>>
3. "Mmmmm.". <<sound of delighted fairy lol>>
4. "And why this Wanda doesn't want the German?" *
    "Yeah.."
5. "Hmm.. Maybe he hasn't got suitable instrument?.."
6. "What ?!.."    "Ha?.."
7. "Haa Haa Haa Haa!" or <<sound of big laugh>>
8. ...  <<silent as a sound of no comment..>>
9. "Gosh.. As you think only about one!.."

* reference to the polish (later version of) legend "About the Wendy who doesn't want the German". More: http://en.wikipedia.org/wiki/Princess_Wanda

CZ:
1.  Jochen Vogel  Poznań 2011
2.  <<zvuk harfu>>
3.  "Mmmm..."
4.  "No a proc tato Wanda Nemca nechtela?" *
     "Ne?.."
5. "Hmm.. Mozna nemel prislusny nastroj?.."
6. "Coze?!" "Ha?.."
7. "Haa haa haa!"
8. ...
9. "Jejda... Vy to vzycky jen na jedno!.."

*odkaz na polskou legendu "O Wande, ktera nechtela Nemca". Vic:
http://cs.wikipedia.org/wiki/Wanda_(krakovsk%C3%A1)

niedziela, 23 września 2012

Ha! Napisałam wreszcie cały raport z workcampu i tym samym OFICJALNIE ZAKOŃCZYŁAM projekt "PL-SCI 5.2 PIĄTEK 2012"
Idę spać. Dobranoc!

Vinobranie 15.09.2012

foto: T.Turecka
foto: T.Turecka

W końcu znalazła się chwila, żeby opisać ubiegłoweekendowy wypad na drugą stronę granicy! :)
Pamiętacie, jak się żaliłam, że nie pojechałam w tym roku na Veligrad, złożona jakąś czeską zarazą?
Wtedy to właśnie chłopaki wymyśliły, aby zaradzić wzbierającemu potokowi łez i mojemu im w telefon smarkaniu, że może w takim razie przyjadę we wrześniu na winobranie...

Ha! Winobranie! Zastrzygłam uszami i dałam się tą wizją uspokoić.. ;)

No dobrze. Sierpień minął, z zarazy wyzdrowiałam, nastał wrzesień, hura! Winobranie! Tradycyjne święto! No dobrze. Tylko, że urlopu już nie mam, a tu jak nic 11 godzin w jedną stronę pociągiem, jakiś zator informacyjny na linii Polska-Czechy, do ostatniej chwili nie wiem, czy mam się gdzie zatrzymać na noc i czy znajdzie się jakaś dobra dusza, co mnie w nocy zholuje z Otrokovic..
A winobranie już tuż tuż! A mnie ssie na Moravy, do ludzi...!

W dodatku w przeddzień (czy też raczej w przednoc) wyjazdu, na Dworcu dowiaduję się, że nastąpiła jakaś idiotyczna zmiana w przepisach i teraz bilety na podróż międzynarodową można kupić tylko w wyznaczonych kasach i to wyłącznie w godzinach bodaj od 6.00 - 20.00... A ja wylądowałam na Dworcu grubo po 22.00, bo wcześniej tkwiłam w kinie na 2 filmach pod rząd - "OBURZENI" i "ROZBRAT: WOLNE DOMY DLA WOLNYCH LUDZI"  (ten drugi był puszczany z okazji 18 urodzin poznańskiego skłotu). Rano byłam oczywiście w pracy, skąd szłam od razu do kina - robiąc po drodze zakupy - więc też raczej trudno byłoby mi w tym czasie stać w kolejce po bilet. Ale cóż... Nie wyspałam się przez ten nocny wypad, biletu nie udało mi się kupić, w międzyczasie dostałam cynk z Czech, że wszystko załatwione, to jest i nocleg i odbiór i kroj..
A tu za chwilę będzie rano, dzień wyjazdu, jedyny pociąg o 16.30, 11 godzin w jedną stronę z przesiadką w nocy w Katowicach.. a ja siedzę do 16.00 w pracy, a ja nie mam urlopu, a ja nie mam biletu..!

PLAN powstał szalony. Przy wsparciu kolegi. W 10 minut. I w 4 telefony...
I w tym miejscu chciałam gorąco podziękować tym wszystkim złotym ludziom, dzięki którym rzeczywiście się udał! :D  Pani M.P., która wyjątkowo i po znajomości zrobiła mi ekspresową rezerwację biletów, mimo, że miała pełne ręce roboty i w zasadzie nie obsługuje pojedynczych prywatnych klientów... Kurierowi rowerowemu, który w ramach koleżeńskiej przysługi "upolował" u siebie w bazie specjalnie taki kurs żeby moje bilety były "po drodze", po czym wyłożył kasę i mi je dostarczył gratis do pracy (gdzie dostał zwrot kasy ;) ... Ani-Turce, która przyszła miłosiernie o godz. 12.00 w nocy na dworzec główny w Katowicach, potowarzyszyć mi prawie półtorej godziny w oczekiwaniu na mój dalszy pociąg*...
Martinowi, który m.in. zorganizował mi nocleg i odebrał o 4.00 rano z dworca w Otrokovicach oraz odwiózł na pociąg powrotny ...
I dalej już z nieco innej beczki: dziewczynom- za pomoc przy zakładaniu stroju ;D
Simowi, Jarwiksowi i Pandzie- za tańce, Krivankom za gościnę, fotografom za piękne fotki...
A mieszkańcom Modrej za to, że wciąż kultywują swoje piękne tradycje! :)

Ostatecznie: Piątek - 8 godzin w pracy - 11 godzin w pociągu, przy czym do Wrocławia "na glonojada" - rozpłaszczona na szybie, w korytarzu... / Przesiadka w nocy w Katowicach... / Przyjazd z prawie półgodzinnym opóźnieniem do Otrokovic o 4.00 rano (i dalsza jazda autem, do Kunovic, gdzie mieliśmy nocleg) / SOBOTA - CUDNE 24H (wliczając w to spanie) Z CAŁĄ "MOJĄ" ULUBIONĄ MORAVSKĄ BANDĄ, NA WIOSCE, NA WINOBRANIU!!! :D :D :D :D / Niedziela - pobudka wcześnie rano, autem na pociąg o 9.40 do Starego Mesta / 9 godzin w pociągu, z przesiadką w Katowicach / Przyjazd do Poznania o 20.00 z około półgodzinnym spóźnieniem, dojazd do domu / Zwałka do wyra! / PONIEDZIAŁEK 6.10 rano - DO ROBOTY!!@#$%^& o.O

... WARTO  BYŁO! :D :D :D

foto: T.Turecka

*Ostatecznie zdecydowałyśmy się podjechać do niej do domu, gdzie mnie przechowała pół godziny, co było znacznie przyjemniejsze, niż tkwienie na rozkopanym dworcu przez półtorej godziny.. :) Przy okazji odgrzałam sobie makaron i obejrzałyśmy jakieś krótkie nagrania z tradycyjnymi tańcami tureckimi - czego tkwienie na dworcu również by nas pozbawiło ;)

niedziela, 2 września 2012

A swoją drogą... zarywanie nocek z soboty na niedzielę najwyraźniej mi w nawyk wchodzi! 
Czyżby dla przeciwwagi dla moich starań, żeby w ciągu tygodnia kłaść się spać o ludzkiej porze, pozwalającej na przespanie przynajmniej tych siedmiu godzin?.. :P

No bo tak. Zaczęło się 18.08.2012 - kiedy to przyczyną było doniosłe wydarzenie, czyli z dawien dawna oczekiwany ślub Martuchy i Adama :) 
Sam ślub był prześliczny, państwo młodzi wyglądali przepięknie, pogoda dopisała, kościółek jak malowanie, prowadzący uroczystość zakonnik świetny... no po prostu Ślub Roku! :)
W dodatku mało, że zostałam zaproszona na ślub i wesele to jeszcze miałam przyjemność.. prowadzić to wesele - na folkowo! :) I tak oto, w kwiecie wieku zostałam ni mniej, ni więcej tylko - wodzirejem! :D
Ogarnąć 60 różnych osób na parkiecie w tak wyjątkowym dniu.. było pewnym wyzwaniem ;)
Ale wyszło rewelacyjnie, wszyscy się świetnie bawili (łącznie ze mną i muzykami ;) i naprawdę było bardzo sympatycznie :)
A Driada złapała bukiet... ;D 

*

Tydzień później był Festiwal Sztuki Ludowej, o którym pisałam w poprzednim poście...

*

A wczoraj znów poszłam spać po pierwszej, bo wprawdzie dzień upłynął mi jako tako spokojnie i dość tradycyjnie.. Ale za to wieczorem dostałam cynk, że o 18.30 na zbiegu ulic Taczaka i Kościuszki startuje Alley Cat ...  :)
No cóż ... Wprawdzie czynnego udziału nie brałam, ale i tak, pisanie raportu z projektu wolontariackiego miało małe szanse. Przegrało i zostało przełożone w trybie natychmiastowym na nie-do-końca-sprecyzowaną-acz-bardzo-niedaleką-przyszłość ;)
Wróciłam do domu coś koło 20.30... ale następnie zajrzał kolega i gadaliśmy do mniej więcej 01.00 w nocy.

I tak, W KOŁO MACIEJU...
;D


p.s. no właśnie... a jak już i przy kole i przy macieju jesteśmy...
>>   maciej wygrał alleycata! :)  <<

25.08.2012

No i tak.. ostatni post zamieściłam tu w zeszłą środę, a potem ciiiiszaa..
A tymczasem, w następujący po tej środzie weekend, kiedy 2/3 tanecznego poznańskiego światka koczowało w Będzinie na Festiwalu Muzyki Celtyckiej - mnie się trafiła kolejna niezła gratka - czyli VI Festiwal Sztuki Ludowej, organizowany co roku przez Politechnikę Poznańską :)
Główne występy oraz rozmaite warsztaty przypadały na sobotę... no i tak się jakoś złożyło, że spędziłam tam  ładny kawał czasu, bo w zasadzie ciurkiem od godz. 15.00 do około 01.00 w nocy..
Najpierw na mini-warsztatach tańców tureckich, włoskich i irlandzkich - przy czym na tych ostatnich, jedyną korzyścią było przypomnienie sobie od stu-lat-nie-tańczonego "Harvest jig'a" oraz fakt spotkania w tańcu czeskiego zespołu dziecięcego :)
Potem występy wszystkich grup taneczno-muzycznych z różnych krajów, na dużej scenie.
A na koniec koncerty zespołów "Chłopcy kontra Basia" i "Kapela ze wsi Warszawa".
(Na tym drugim, w tłumie publiczności odnalazł mnie najpierw Witek, który mówiąc dosłownie i w przenośni, od razu wziął mnie w obroty... po czym zrobił mi taką "wirówkę" przy 8 minutowym utworze oberkowym, że pralka i ćwiczenia dla astronautów to przy tym pikuś ;)
Ale zakończyliśmy oboje równiutko w pionie, że "mucha nie siada", gdyby ktoś się zastanawiał i przygotowywał paszczę do szyderczego uśmiechu.. :)

Więcej o festiwalu tutaj: http://epoznan.pl/rozrywka-wydarzenie-42046-VI_Festiwal_Sztuki_Ludowej

A tu kilka fotek z mini warsztatów tańców tureckich...
Foto by  H. Oner





Cała ta impreza - ogólnie rzecz biorąc - szalenie mnie uradowała! :)


... czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości?  ;)

środa, 22 sierpnia 2012

fixed gear rules! ;-)

"OMG!... I'll write you what, tomorrow. As it's Tuesday/Wensday... I need to sleeeeeeep!!! @____@"

... I wrote tonight, right after I back home from the cinema. And yes, haha, that was exactly what I thinked and felt that moment :) Like, OMG it's SOOO LATE! I have to wake up after coming 5 HOURS and go to work, while I'm SOOO TIRED! @____@
Now... avowe what you was thinking about, when you red that post? ;)

One way or another, you are probably curious now, what was the film I decided to watch and back so late from the cinnema during working week. Don't worry, I will tell you :)
Actually it was a block of 3 films and one short lecture. All of them about bikes! :)
Everything as a part of Transatlantyk Music and Film Festival, which is go on now in Poznań...

I thought I won't join to the Festival, as I have no time, etc. But when I get known about this block...
Well, I just had to go! (and even try to catch the free tickets). Of course I called to my friend, who's bike courier, as soon as I get information about those films.
And this is how it worked - I found the information, he went to hunted the tickets :) By bike, obviously :) That's what one can call great cooperative or a good crew...

But.. back to the movies.
First was "Murder of Couriers" by Tom McLeod and Neill Brill, which had in fact its european premiere on this Festival.
It was a very good film, even I can't agree with all comments, ideas or points of view... At last, makers of that movie, focused only at one community of bike couriers. So in my opinion, they shouldn't generalize with some opinions or statements they said about all that culture or style of being... Anyway yes, it is a good film. It show  the main point and the essence of that kind of biking, but also its dark side which is often a part of it (not always, as move makers wanted to convince us maybe). Must say, I loved the small episode about the man called Mr. Bun.. it was just scetched, but it touch something very important.
And.. oh yeah! The fragment when guys put into practice a crazy idea, they thinked up once in toilet... and they make a game "Where is Wally?". It's masterly and ingenious! :D
You can see a part of it in 2 trailers here:


"Where's Wally?" game - look about time 2:37 ... ;)


/I choosed those twoo trailers as in my opinion they show the style and idea of that film the best/

Second film,  Cycle me home, it was filmed trip of hungarian student, who decided to back home after finnish study. Back by bike. To Budapest. From Madrit, where he was studing. Move was quite nice, I mean pictures was nice and I liked a music very much, which suited to individual frames very well... But must say that the main character irritated me. Well, he just looked on young quite bumptious coxcomb... and thst kind of people just irritate me :P
http://vimeo.com/37911956
But there was one funny thing in whole that situation, we came with my friend-courier on that film. 
Actually, we saw it about month ago, at special bike-topic-meeting in one club. But the room was so full of people when we came there, that the only seats left was behind some pillar. So yes, we saw that film before... but with pole in main role :P What's mean we saw almost nothing, except that pole in the middle of the screen.. So in some way, yesterday we felt as we are watching totally new/different movie! ;)

And the lastone, With my own two wheels. A beautiful, great and very searious movie, which show in simply way - how a bike can change someone's life for better. It was few short stories of real people from India, Africa, 

America...  That film remind you again about disparities in conditions of life in world, about ecological and health problems, about poverty... but also give you a rise of hope that there are things we can change by common efforts and leave a smile at your face.
More about it and also a film you can watch by yourself, here:
http://worldbicyclerelief.org/programs/withmyowntwowheels

That's all. I'm very happy I could watch those movies, even we back home so late and get up today and survive at work.. was a challenge! ;)  But...

I like bike movies. Did you know? :)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Porwanie Driady

Gniezno 28.07.2012 cz. 2

Zgoda wydana, a zatem co by się już chronologii trzymać... jak w tytule posta - czyli dokumentacja porwania Driady ;) Gniezno, A.D. 2012 



A na koniec z zupełnie innej bajki... chociaż też gnieźnieńskiej...  :)

Ja takiego chcęęę!! :D
czyli młoda bulka spotkana na dworcu w Gnieźnie







środa, 15 sierpnia 2012

Tegoroczny sezon...

No właśnie. Sezon (średniowieczny) jeszcze się wprawdzie tak całkiem nie skończył, ale...
W zasadzie już mogę napisać, że jakimś takim krótkim był :(
(Alas! - jak mawiali Brytyjczycy).
I niby ok, praca, działalność w stowarzyszeniach, workcamp po drodze, wesele znajomych i inne...
Ale... Qrcze!... Masakra. Człowiek cały rok czeka, a tu raptem jeden dzień w Gnieźnie, który na upartego można uznać za moje tegoroczne późne "otwarcie sezonu" i 3,5 dnia na Wolinie... 
(Na horyzoncie jeszcze ewentualnie i niepewnie: 1 dzień w Grzybowie i przy odrobinie szczęścia i pomyślnych wiatrach może Kalisz uda się powtórzyć?...). Co tu dużo mówić i jakby na to nie patrzeć - w tym roku - nędza... o.O

GNIEZNO 28.07.2012

Jak już wspomniałam, w tym roku do Gniezna zawitałam zaledwie na jeden dzień, ale za to z niezłą wycieczką! ;) Początkowo planowałam jechać sama, ale tak się złożyło, że w rzeczony weekend dość nieoczekiwanie nawiedził mnie P. Nie zamierzałam z tego powodu rezygnować z wypadu, jedynie okroiłam go, w związku z tym, do soboty. A potem pomyślałam, że skoro i tak już jadę w towarzystwie, to dlaczego by nie zabrać również Driady? Driada przystała na tą propozycję ochoczo, po czym wspólnie doszłyśmy do wniosku, że w takim razie dlaczego by nie dokooptować Pauliny? Paulina równie chętnie zgłosiła akces w wycieczce, z zastrzeżeniem, że ona będzie jechać z działki, więc dosiądzie się do naszego pociągu na trasie. Na to wszystko zadzwonił Maciej, z pytaniem czy on by się mógł z Tośką do wyprawy dołączyć... Usłyszawszy, że Paulina będzie się dosiadać uznał, że w takim razie jemu wygodniej dobić do niej, zatem dosiądą się razem. I wiecie co? Nawet nam to wszystko wyszło... ;)

Póki co, załączam kilka ładniejszych fotek z łodzi (foto: P. Netolicky):

Drakkar  "Welet" :) Ożyły wspomnienia... :)

Chyba jedyna fota na której jesteśmy wszyscy...
(Oprócz P., który robi to zdjęcie)

Jak w dowcipie - "Dzierżyj linu!"...  ;)
W spotkanym na pokładzie Diabełku, też chyba ożyły
te same wspomnienia, bo mnie zaraz zagonił do roboty...
Niemniej to miłe, że pamięta, po tylu latach :)
Poza króciutkim rejsem "Weletem" - stałe punkty programu i jedna raczej niespodziewana "atrakcja"...
Otóż w pewnym momencie porwano nam Driadę! ;) Wprawdzie średnio udolnie, bo żółtodzioby porywały i w dodatku, jak już im się udało porwania dokonać - to nie bardzo wiedziały co z tym fantem dalej zrobić...
No i fant sobie w końcu uciekł i wrócił samodzielnie do nas ;) 
(Dokumentację porwania dorzucę - jak Driada pozwoli... :)

A na koniec, z trochę innej bajki :) 

Pomieszanie epok totalne, ale i tak bardzo lubię to zdjęcie :)
A o samym pociągu można poczytać tutaj http://moje-gniezno.pl/artykuly/czytaj/2241/totalna-klapa-czyli-pociagiem-na-koronacje.html - tylko UWAGA - od wizji Instytutu Rozwoju i Promocji Kolei, któremu pomieszał się Dziki Zachód ze średniowieczem, a o wcielaniu wizji w życie już nawet nie wspominając... przepona może rozboleć! ;)




Takie tam...

Wolna środa - taki miły bonus w tygodniu roboczym...

Siedzę sobie zbunkrowana w Dziupli i zajmuję się różnymi rzeczami - tymi codziennymi, tymi nietypowymi i tymi na które jakoś nie było do teraz czasu. 

Z tych pierwszych zrobiłam już: pranie, obiad, większe porządki w łazience i podlałam kwiaty na balkonie.
Z tych drugich: naprawiłam w końcu moją "średniowieczną" tabliczkę woskową, po tym jak w wyniku mojego roztrzepania trochę straciła wosk.. No cóż, wypadki zdarzają się każdemu ;) Ale już to naprawiłam.
I postanowiłam znów trochę uszczuplić mój zapas wikliny, więc przerobiłam jej część na 3 porządniejsze "wieńce".. przydadzą się, myślę, na zimowe ozdoby.
Aha! No i zrobiłam mojej jeżynie drabinkę :D Z resztek wikliny i cienkiego sznurka. 
[Czy ja w ogóle pisałam, że mam jeżynę na balkonie?.. :]

Spokojnie. I tak ma być :)


A Wam jak upływa ten dzień?

poniedziałek, 23 lipca 2012

niezwykle twórcza niedziela :)

No właśnie.. miało być o workcampie, a tymczasem tak jakoś wyszło, że przed południem poszłam na pobliski most, gdzie pomagałam dzieciakom robić.. latawce! :) Tym razem dzieciaki były bardziej lokalne, to znaczy głównie z mojej dzielnicy, ale chyba idę siłą rozpędu.. ;) Chociaż przyznaję, że akurat same latawce (i bańki mydlane :) były w moim przypadku wystarczającą motywacją, żeby się przyłączyć i pomóc! Tym bardziej, że akurat na dzisiejsze przedpołudnie nic wcześniej nie zaplanowałam i byłam na miejscu. I całe szczęście! Bo było bardzo sympatycznie :)

A puszczanie baniek i latawców (po wcześniejszym ich samodzielnym zrobieniu) odbywało się w ramach "Lata poŚródku", czyli letniego cyklu otwartych zajęć, organizowanego przez  nasze Stowarzyszenie "Śródeja". (Tym razem głównymi organizatorami i pomysłodawcami byli Wincenty i Jadwiga). A było tak:





Po zakończeniu akcji, wróciłam do domu, zrobiłam sobie obiad, po czym zabrałam się za.. kończenie  mojego pierwszego w życiu koszyka! :) Co można w spokojne niedzielne popołudnie robić..
A dlaczego akurat dziś i skąd w ogóle pomysł, żeby wyplatać w niedzielę kosz? A dlatego, że podczas workcampu odwiedziliśmy jednego dnia plantację wikliny - gdzie pod fachowym okiem niejakiej p.Teresy,
popełniłam swoje pierwsze w życiu dno od kosza.. Byłam przejęta i zachwycona jak nie wiem co, bo zawsze się chciałam nauczyć robić koszyki z wikliny, a tu proszę! (Swoją drogą.. a jednak COŚ dziś napisałam o workcampie.. właśnie.. ;) Niestety, na nic więcej poza dnem nie starczyło mi czasu.. Ale ponieważ z dna byłam i tak bardzo dumna i stwierdziłam, że takie dobre dno nie może się zmarnować - w dniu wyjazdu z workcampu, podjechałam jeszcze do p.Teresy i zakupiłam od niej pęk świeżej wikliny, ze szczytnym zamiarem dokończenia "dzieła" w domu. A ponieważ w ciągu tygodnia nie miałam czasu, a wiklinka schnie i giętkość traci, trzeba było się za to zabrać jak najszybciej... I tak oto dziś okazało się Tym Dniem :) I udało się! Skończyłam i mam swój własny kosz! Fakt, że trochę koślawy, ale MÓJ :)  Jak nie zapomnę, to jutro wlepię Wam tu fotę ;)


 

A wieczorem, dla odmiany, w końcu usiadłam przy stole z cienkopisem i farbkami w łapce i machnęłam taki sobie obrazek, który nosiłam już w głowie dłuższy czas.. tylko tak jakoś dotychczas tego czasu nie było, żeby go narysować.. Pamiętacie dorsza po baskijsku, który za mną chodził? ;) No to tym razem będzie bardziej płynnie i po czesku dla odmiany, ale obrazek również z serii "historie kuchenne".. ;)

I tak to właśnie było :)
A teraz idę spać, bo jutro niestety znowu poniedziałek i do roboty trzeba wstać - dobranoc! ;)






czwartek, 19 lipca 2012

after the workcamp... :)

Hey, people!


So.. I back! :)
Yes, from the workcamp in Piątek - first, which had been coordinated by me! :D
Yes, I  done it!
Or it's better to say WE really DONE IT - what means also my wonderful volunteers and great co-coordinator! :D
I'm so proud of us! :D
I'm so happy that I could take part in this project! :)
I'm so lucky that I could meet, live and work with such amazing team as we made with volunteers! :D
I'm so glad we could help all "our" kids to experience many new things, break a monotony, new perspective and just have a good fun durring those 2 weeks of summer! :)


It was hard, I can't say it was not. But with such fantastic people as our team of volunteers, it worked!


And seeing kids enjoyed the time with us, involved in games, tasks or workshops and trips... or at last, seeing their genuine bright smiles - that's something what really gives you wings and assure that you've got an impact, you can do a lot and such projects are very worthy, valid and needful.


To Anna, Ainhoa, Julianna, Vanessa, Sevim, Jacob and of course to Bogusia - we did a great job! Thank you for all! :)
<3 <3 <3



More memories from this workcamp, soon...

poniedziałek, 25 czerwca 2012

just a nice weekend...

Hey,
So that's what I can call relaxing Sunday... :)

All day at home with no scud and time to watch some movie, play at darbuka, do some small cleanings, make a banana coctail and even bake a.. carrot cake! :) Yay, I wanted to do that for few weeks. First time by myself and it's quite tasty - so I can be proud of myself, think ;)

There was even an surprise today! (don't worry - not connected with a cake ;)
My past flatmate visited me, totally unexpected! :D We haven't seen each other ages.. that's mean few years.
I'm glad I was at home and we could met even for a few moments :)

Yesterday we made following event with my local Association "Śródeja" - it was kind of "medieval" market, which had to remind that in this part of city there were market in the past (since early medieval, till XIX century)...  It was with a pinch of salt, but it was really nice (one neighbor, my friend and I were at archery position :) I regret I couldn't stay for all event, but there was also dancing workshop this day - on which I singed in some time earlier - so I went there in the middle of our "medieval market".
And of course! :) The workshop was great and I was also very happy I could participate in it! :)
We had been learning swedish "slängpolska" and "rundpolska"... :)
(For those who don't know, some curio: they are in fact some polish dances, but they kept alive in Sweden, while they had been gone in Poland).

So, must say that yesterday was also very nice day, but much more intensive and a bit exhausting.
And after that (and countless last days..) as also with the vision of tomorrow's back to work and coming projects... Heavens only knows how much I needed such a calm and lovely Sunday, like today! :) 

At the end I attach one faboulus and fairy peace of Daniel Waples... my "new love" ;)
/Here with James Winstanley/      Enjoy and... let's dream about next ideal Sunday! :)


P.S. Yup.. the only thing i missed today, it was maybe a nice, not-too-long walk.. i must add it to my next wonderful Sunday! :) And what you will add? ;)

czwartek, 21 czerwca 2012

Mały PRL...

Post, jak to się mówi, trochę od czapy, ale...
Było dla Driady i Pauliny - to teraz będzie dla Potwora :)
Otóż jakiś czas temu znalazłam bardzo fajny i ciekawy artykuł. Początkowo odłożyłam go, żeby przeczytać. Później, żeby przekazać Potworowi właśnie... ale, że mamy teraz słabszy kontakt, artykuł leżał i się kurzył, leżał i się kurzył, aż w końcu go zeskanowałam z zamiarem zamieszczenia tutaj.
No i już się nie kurzył..
Leżał dalej - na dysku :)
Aż nastał jego czas! Zapamiętajcie proszę tę historię. Jak każdy rodzaj historii - lubi się powtarzać, więc nie zdziwcie się jak za jakiś czas jeszcze Wam tu coś z przeszłości wyskoczy.. niekoniecznie z  tak odległej ;)
A teraz zapraszam do czytania, wspominania..

Pamiętacie?.. ;)


wtorek, 19 czerwca 2012

Zagubione żaby - czyli fotki królewiczów z Botanika ;)

No i proszę.. zgubiłam żaby! o.O
A dokładniej rzecz biorąc, w ostatnim poście nie umieściłam specjalnie zrobionych dla Driady i Pauliny - fotografii żabek.. :)
Nie wiem jak to się stało, ale już nadrabiam!
Oto one:





niedziela, 6 maja 2012

A tu już maj!...

Drodzy,

Ostatni post zamieściłam 12 marca, a tu jak w tytule...
No, ale po miesięcznym przymusowym odwyku od bloga, czas zakasać rękawy i co nieco ponadrabiać! :)
Takie mam przynajmniej szczytne założenie, chociaż prawdę mówiąc, kwiecień był tak napakowany wydarzeniami, że cały czas się zastanawiam jak to ugryźć... O.o

Ale aby nie robić sobie kolejnych zaległości - przez chwilkę potrzymam się jeszcze chronologii...
Przyznajcie się, kto miał w tym roku dłuuuuuugi majowy weekend i co robił? :)

Ja miałam tak średnio, bo tylko poniedziałek 30.04 wzięłam wolny. Plany na te 4 dni były konkretne, ale się posypały przez czynniki zewnętrzne oraz prawo Murphy'ego. Zamiast więc wylądować czysto przyjemnościowo po czeskiej stronie - w Brnie, postanowiłam odbyć w końcu tzw. wizytę przygotowawczą w Piątku pod Łodzią (gdzie koordynuję międzynarodowy projekt wolontariacki, który odbędzie się w lipcu :)
W tym celu zwlokłam się (siłą woli!..) w sobotę o 5.00 rano, żeby złapać o 6.35 pociąg do Kutna - skąd odebrała mnie moja współkoordynatorka - i razem pojechałyśmy do Piątku, łapać z kolei tamtejszego wójta, który mógł się z nami spotkać tego dnia wyłącznie i jedynie o godz. 10.00 rano...
Ha, cóż. Służba, nie drużba - słowo się rzekło, i tak dalej, a wójt ważna persona i dla dobra projektu trzeba było z nim parę rzeczy omówić i zgodę na kilka innych uzyskać... Ale na szczęście poszło bardzo dobrze, udało nam się wszystko załatwić i wójt oficjalnie "klepnął" nam projekt, także mamy "zielone światło" i możemy ruszać z dalszymi przygotowaniami :) Reszta soboty upłynęła nam na załatwianiu paru innych spraw (jak np. wizytacji i załatwieniu noclegu dla wolontariuszy w internacie miejscowej szkoły, itd.) oraz ogólnym i nieco bardziej szczegółowym zapoznawaniu się z całym terenem i robieniu notatek.
Przez cały czas wizytacji, gościłam w domu rodzinnym mojej współkoordynatorki, który mieści się we wsi oddalonej o kilkanaście kilometrów od Piątku. Muszę powiedzieć, że dziewczyna ma bardzo sympatyczną rodzinę :)
W niedzielę pojechaliśmy wszyscy stadnie na wycieczkę do arboretum w Rogowie, gdzie w międzyczasie zrobiłyśmy sobie jeszcze generalną naradę podsumowującą naszą wizytę przygotowawczą.
Około 16.00 zostałyśmy podrzucone na dworzec w Kutnie, skąd wróciłyśmy do Poznania.

Poniedziałek miałam niby wolny, ale jakoś tak cały zleciał na załatwianiu różnych spraw, których nie ma jak, gdy się normalnie pracuje do godziny 16.00.
Całe szczęście, że we wtorek był wolny "odgórnie", bo właściwie dopiero w ten dzień udało mi się chociaż trochę odpocząć, po tym... dłuuuugim tygodniu! :)

W środę byłam normalnie w pacy. Za to w czwartek odwiedzili mnie w Dziupli rodzice, udało mi się wreszcie do końca uporządkować i zagospodarować balkon... chociaż, kto wie, czy naprawdę ostatecznie? "Grzebanie w ogródku" wciąga!... i  uruchomiliśmy rowery! :)

W piątek po pracy wróciłam do siebie rowerem. Po drodze spotkałam kolegę, który (też rowerem) jechał do Starego Browaru oddać jakąś koszulę i ostatecznie pojechaliśmy tam razem. Po czym, wracając, weszliśmy do mnie na herbatę i przegadaliśmy cały wieczór :)

Za to wczoraj (zgodnie z planem na ten dzień) około 14.00 przyszedł Yeti, zrobiliśmy fajne kanapki i poszliśmy sobie do Ogrodu Botanicznego :) Polecam wszystkim nie-wiedzącym-co-zrobić-z-wolnym-popołudniem. W tej chwili, przy ładnej pogodzie, jest tam naprawdę bardzo miło. Ogród wygląda wręcz... kwitnąco! :)
Kto nie wierzy, niech zobaczy...




foto by: wróżka, yeti

poniedziałek, 12 marca 2012

Siupermeni prosto z Korei.. ;)

Z prawie tygodniowym poślizgiem, ale... przybyli! (na mój blog!:)
Wszystkim koleżankom, z okazji Dnia Kobiet - garść supermanów prosto z Korei! ;)



PS ...oraz ze specjalną dedykacją dla jednego Superbohatera w Termo-spandexie (!), który wprawdzie kobietą nie jest, ale w nawiązaniu do naszej ostatniej rozmowy... Końcówka refrenu, jak znalazł! ;D ;D ;D

niedziela, 4 marca 2012

Dwa weekendy. Survival. I teoria koronkowych majtek jako przeciwwagi.. ;)

Drodzy,

Ledwie co pisałam, że tu już luty... A TU JUŻ MARZEC! o.O
O looooooosie (przez 7 "o".. i chyba tylko Driada będzie wiedzieć skąd ta skrupulatność w obliczeniach. No, chyba, że też czytaliście TĄ książkę Bruczkowskiego, którego - korzystając z okazji - pozdrawiam serdecznie ;) Jak ten czas szybko leci! I ile się dzieje! :)

No, ale postanowiłam, że TEN WEEKEND, tak dla odmiany, to będzie naprawdę weekend.
W związku z czym, w sobotę rozpoczęłam go spacerem wokół Malty*, w towarzystwie M. i Tośki. Choć generalnie wciąż dość chłodno, to pogoda była prześliczna, słoneczko grzało.. mnóstwo ludzi wyległo, Tośka tarzała się w trawie i fikała najprawdziwsze koziołki.. (I słuchajcie, do wczoraj nie wiedziałam, że pies może fikać koziołki! Ale może to dlatego, że sama miałam kiedyś jamnika? Budowa jamnika, moim zdaniem w zasadzie na dzień dobry, dość dogłębnie przeczy ich predestynacji do tego rodzaju ćwiczeń...) Co tu dużo mówić - fajnie było! :)
Reszta soboty upłynęła mi na drobnych porządkach w Dziupli, wizycie u rodziców, oglądaniu z mamą filmu oraz czytaniu pożyczonego od Driady Pratchett'a...

"[...] W połowie drogi zatrzymał ją sąsiad starej panny Swivel, która nagle, w ciągu jednej nocy, straciła zdolność chodzenia. Na szczęście Tiffany szybko odkryła, że panna Swivel pechowo wsunęła obie nogi do jednej nogawki reform [...]" **

...którego skończyłam dziś, po powrocie z centrum handlowego, gdzie oprócz RzeczyPotrzebnych&Koniecznych, upolowałam również RzeczNiekonieczniePotrzebnąAleZaToDającąRadość - sukienkę, taką bardziej już wiosenną, którą jestem zachwycona :)

I która wprawdzie nie jest koronkowymi majtkami, które odgrażałam się, że zakupię natychmiast po powrocie z dziczy... (Dla przeciwwagi! Po bieganiu przez tydzień po sklepach sportowych w poszukiwaniu kalesonków termicznych, które jak wiadomo ani seksownością, ani romantycznością nie grzeszą. Zupełnie jak o numer za duża wojskowa kurtka, w której się bujałam prawie cały zeszły weekend po wspomnianej już dziczy.
Dla jasności, nie mam nic przeciwko wojskowym ciuchom i bieliźnie termicznej!*** Wręcz na odwrót, bardzo je sobie cenię, a w niektórych warunkach wręcz uwielbiam. Nie zmienia to jednak faktu, że czasami również w tym temacie następuje swego rodzaju przesyt i psychika domaga się przeciwwagi! ;)
Opisana wyżej sukienka spełniła tę rolę równie znakomicie :)

A skoro już przy dziczy jesteśmy... "pocztówka" z zeszłego weekendu ;)

Jura Krakowsko-Częstochowska, 25-26.02.2012
W dziczy mokro i zimno paskudnie!.. Ale szumiało pięknie, ekipa i atmosfera rewelacyjna - mimo bardzo ciężkich warunków.
Dzięki chłopaki! :D

A konkretnie:
Superowi i Łukaszowi - za organizację wyjazdu oraz całą przekazaną wiedzę,
Łysemu, Pawłowi i Adrianowi - za współpracę i świetną atmosferę (naprawdę cieszę się, że mogłam być częścią WŁAŚNIE TEJ ekipy! :)
W tym w szczególności:
Łysemu - za okazane rozum i serce, czyli za ofertę, z której nie skorzystałam wprawdzie ze względu na problemy logistyczne, ale którą doceniam wielce ;)
Pawłowi - za ten moment około 03.00 nad ranem :)
Adrianowi - za... wybór oraz będące skutkiem wszystkiego "+10 do więzi", że się posłużę terminologią RPGową ;)

Jak z grubsza wyglądały 32 godziny w dziczy, w naszym wydaniu - można zobaczyć tutaj:


(na filmiku nie widać Łukasza, jako jedynego z naszej ekipy, bo to on filmik kręcił i foty pstrykał, a ostatnie kilkanaście sekund nie jest z naszego wyjazdu, co widać po odmiennej porze roku :)


Swoją drogą, człowiek w dzicz ucieka co by się m.in. od współczesnej technologii choć na chwilę odciąć - wraca, a tu się okazuje, że w reklamie wystąpił.. ;)
Ale cóż, "sweet memories" i "dla potomnych".. ;)



*Dla tych co nie są z Poznania... Nie, nie biłam rekordów w dziedzinie "najdalszy poranny spacer" włócząc się wokół dalekiej małej wyspy... Poznań ma w swym obrębie swoją własną "Maltę" - pod którą to nazwą kryje się całkiem spore sztuczne jezioro z zielonym terenami rekreacyjnymi wokół ;)
** "W Północ się odzieję", Terry Pratchett
*** Do tej wyliczanki można by też z pewnością dodać moje ukochane i sprawdzone buty trekkingowe! ...przez które o mały włos Adrian nie stracił w piątek życia ;)
Jeśli mnie upoważni do zdradzenia szczegółów, to wam powiem jak... :P

POZOR! Dolu komentar pro Martina ;)

piątek, 10 lutego 2012

Znajdź wróżkę.. ;) / Find a fairy.. ;)

... czyli wspominki z fantastycznej tradycyjnej polskiej potańcówki, jaka się odbyła pod koniec stycznia tego roku, w poznańskim klubie Fabrika :)
Chłopakom Janusza, Witkowi oraz Fabrice - jeszcze raz - Pięknie dziękuję!!! <3 <3 <3

/... or memories from amazing traditional polish folk dance&romps, which had place in club Fabrika (Poznań) at the end of January 2012 :)
For Janusz's boys, Witek and Fabrika - once again - Thank you Very Much!!! <3 <3 <3




niedziela, 5 lutego 2012

A TU JUŻ LUTY...

Drodzy,

Przez Styczeń przemknęłam znów ze świstem... i ani się obejrzałam a tu już Luty!
Ostatnie tygodnie upłynęły mi pod hasłem: "ja nie śpię, ja nie jem, ja działam!"
No i w końcu - baterie mi się w organizmie wyczerpały chyba...
Wprawdzie nie tak jeszcze zupełnie, ale coś w piątek sklęsłam zupełnie, jakieś dreszcze zaczęły po mnie latać, głowa boleć, w gardle drapać - no jak nic, preludium do jakiegoś choróbska :(
Pierwsze proszki i tabletki zaaplikowałam sobie jeszcze w pracy, z której popędziłam wzmocniona chwilowo, do Dziupli, przygotować się i ją na gości. Miało się bowiem odbyć Z Dawna Zapowiedziane - Średniowiecze Party na 9 i pół luda...
Ostatecznie dotarły tylko 3 osoby i wprawdzie było bardzo miło, mieliśmy znów same pyszne rzeczy rzeczy do jedzenia (Martucha z Adamem osiągnęli mistrzostwo w smalcu domowej roboty oraz własnoręcznie pieczonym chlebie, a Paulina zakasowała wszystkie inne znane dyniowe przetwory przynosząc dyniowy dżemik i pikle własnej produkcji!:) Gadaliśmy i graliśmy w planszówkę "Filary Ziemi" i w ogóle fajnie było :)
Uznałam jednak, że ze względu na frekwencję, była to "wersja beta" imprezy i należy ją powtórzyć w innym terminie jeszcze raz...
Piątek jeszcze zatem jakoś przetrwałam, siłą rozpędu, ale w sobotę czułam się już gorzej, więc stwierdziłam, że robię dzień dla regeneracji organizmu, raz siedzę na tyłku w chacie i nigdzie się nie ruszam.
Plan ten okazał się mieć nieco zaskakujące skutki. Otóż, jedyne co na ten dzień zaplanowałam konkretnie - to zaprosiłam Yetiego, głównie w celu przetestowania nowej karcianki, którą sobie nabyłam byłam niedawno, w ramach imieninowego prezentu. A także z racji sporej ilości jedzenia, które jak zwykle po imprezie zostało. Sprawdzony system - sama bym tego nie przejadła, więc trzeba było kogoś zaprosić do pomocy.. ;)
Yeti przyszedł o 15.00. Krótko przed tym, telefonicznie zaanonsował się Radosław na 19.00, bo okazało się, że trzeba w trybie niemal natychmiastowym omówić kwestię współpracy przy jednym projekcie. A około 17.00 zadzwonił mój były-już-niestety-sąsiad Przemo, z informacją, że właśnie przechodzi obok mojej bramy i czy może mógłby w związku z tym wstąpić na chwilę, bo dawno się nie widzieliśmy.. :)
Normalnie szał odwiedzin :)
Oto co się dzieje, jak człowiek raz we własnym domu siedzi! ;)

Dziś nadal odbywam dobrowolny areszt domowy w celach regeneracyjnych. Gorzej, być może dzięki temu, mi nie jest, ale lepiej też nie bardzo.. a w dodatku w brodę sobie pluję, bo przez to nie dotarłam dziś na szalenie unikatowe warsztaty tańców csango! :( Kiedy taka okazja się powtórzy, nie wiadomo. Poza tym plany na ten tydzień nadal napięte jak struna i w ogóle co to ma być, ja się pytam?!..
Eh, trzymajcie kciuki za mój szybki powrót do formy!
W końcu, jak mawiają Czesi: Kolik pesti, tolik stesti! ;)
Ahoj!

niedziela, 15 stycznia 2012

CZECHY 2009 - wróżka na obczyźnie, epizod brnieński cz. 7

Ze specjalną dedykacją dla Arka.. ze względu na OGÓŁ! ;D

..ale też trochę dla Radosława, ze względu na bardzo ciekawe "elementy" architektoniczne występujące tym rozdziale historii ;)
oraz dla Adriana, ze względu na klimat i "pogiętość" opisanych tu sytuacji ;)


DZIEŃ DWUNASTY – Brno, 04.02.2009

Rano zajęcia, na które troszkę się spóźniłam, bo wprawdzie nie zaspałam, ale nie mogłam się jakoś rano wygrzebać z domu. Pogoda denna, ciśnienie do bani, a w dodatku Dorota szła dziś na późniejszą godzinę, więc nie wstawała ze mnią i to również jakoś nie motywowało do sprawnego ogarnięcia się i wyjścia. Za to Violka chyba dziś w ogóle nie miała zamiaru wstawać, bo tylko przysłała mi bezczelnego smsa, że dziś dezerteruje z zajęć ;)
Na przystanku spotkałam Jonatana, który był dziś w równie beznadziejnym stanie co ja, wstał chyba z pół godziny za późno, wobec czego jak nigdy dotąd, przyleciał na trolej (zawsze chodził pieszo). Podjechaliśmy te 3 przystanki, po czym pogalopowaliśmy z przystanku na uczelnię... po to by następnie siedzieć bezczynnie pół godziny w sali, czekając na uczycielkę, która tego akurat ranka utknęła na trasie, zamknięta w tramwaju, bo była awaria prądu.
Po zajęciach, poszliśmy tradycyjnie na obiad do “naszej” knajpy Max Orginal Pub, w równie tradycyjnym składzie, czyli ja, Dorota i Jonatan.
Dzisiejszy zestaw dnia, był dość osobliwy... Zupa gulaszowa i naleśniki na słodko. Wydziwialiśmy nad tym trochę, ale zjedliśmy, zresztą wszystko z osobna było bardzo dobre. Tym razem postanowiłam przezornie milczeć ile wlezie i o nic już nie pytać obsługi, przez co Jonatan nie miał dziś już żadnych gratisów.
I tak by ich już zresztą w siebie nie wlał, biorąc pod uwagę istne hektolitry kawy, jakie spożył rano i podczas przerwy, w Domecku... Na domaci ukol, też tym razem nie mieliśmy ani siły, ani weny – tym bardziej, że zaczęliśmy właśnie przerabiać imperativ, którego zasad tworzenia połowa grupy nie rozumie, w tym niestety my.
Gdy tylko zjedliśmy dobiły do nas Violka i Alina, po czym ruszyliśmy pod przewodnictwem Jonatana, do willi Tutenhamona... czyli tak naprawdę - villi Tugenhadt.
Kto wymyślił tego Tutenhamona, już nie pamiętam, ale przyjął się błyskawicznie. Tugenhadtów nikt nie mógł zapamiętać, Tutenhamona skojarzyli wszyscy, niezależnie od kraju pochodzenia. I tak już zostało.
W każdym razie, kilka dni temu postanowiłam w końcu zobaczyć ten niezwykły okaz modernistycznej architektury, a Alina, która to usłyszała obiecała załatwić nam grupowy wstęp na dziś – przez swoją koleżankę. Na zajęciach zaś, czy już może w trolejbusie, zupełnie przez przypadek okazało się, że Jonatan również umówił się na dziś o 16.00, mimo że zrobił to zupełnie indywidualnie, nic o naszych planach nie wiedząc.
W drodze do willi zaczęło padać, ale udawaliśmy, że tego nie widzimy.
Zapewne należałoby pominąć milczeniem drobny fakt, że staliśmy następnie z dobre 15-20 minut przed willą, zastanawiając się jak do niej wejść...
O konsternująca potęgo modernizmu i tablic z zakazami!
Staliśmy tak grupowo, wnikliwie oglądając siatkę płotu, furtkę zamkniętą na głucho oraz sporą ilość wyżej wymienionych tablic ostrzegawczo – informująco – zabraniających, z których wynikało, że wszystko jest monitorowane, pod napięciem, sprzężone z ochroną i należy zaniechać jakichkolwiek prób wdarcia się, o fotografowaniu nie wspominając. W ogóle najlepiej niczego nie dotykać, tylko zrobić w tył zwrot i oddalić się kurcgalopkiem.
Oczywiście w związku z tym, przeczytawszy wszytko niezmiernie dokładnie – najpierw zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie z obiektem w tle, a następnie zaległa pełna koncentracji cisza, podczas gdy Jonatan celując przez chwilę w skupieniu palcem – nacisnął dzwonek przy furtce...
Wstrzymaliśmy oddech i zamarliśmy wszyscy w bezruchu, w napięciu czekając na skutki tego straszliwego czynu!
Wszyscy, oprócz Jonatana, który natychmiast po jego dokonaniu, jakoś dziwnie skurczył się i skulił, chichocząc nerwowo przetruchtał od furtki do naszej grupki, a tam skłębił się w sobie jeszcze bardziej, po czym stanął w tym osobliwym przykurczu za naszymi plecami usiłując jednocześnie szczelnie się nami zasłonić i wyglądąć zza nas, aby broń Boże, czegoś nie przegapić! Nie bardzo mu to wychodziło...
O dziwo – nic się nie stało.
Żadne krwiożercze bestie na nas nie wypadły, kraty na nas nie spadły, nie nadjechała z rykiem syren policja, ani z piskiem opon ochrona, żadnego snajpera nie wypatrzyliśmy i grom w nas nie strzelił. Mimo to, pozostaliśmy zbici ciasno w grupkę, czujni i nieufni jeszcze z dobre 10 minut, póki nie znaleźli nas jacyś Rosjanie i Hiszpanka z innych grup, którzy też akurat dzisiaj postanowili zwiedzić willę! Ledwo zdążyliśmy otworzyć paszcze, aby odpowiedzieć na ich pytania co robimy i jak tu się wchodzi – a tu punktualnie o 16.00 z budowli wychynęła babka.. sama z siebie! Mierząc nas dziwnym wzrokiem – wpuściła nas do środka, zaganiając od razu do kasy.
Wstęp 60 KC – za bilet studencki.
Villa super! Choć z zewnątrz, od strony ulicy, może trochę rozczarowywać – wnętrze robi naprawdę wrażenie! * To był zdecydowanie najlepszy punkt tego dnia!
Niestety, kiedy już wracaliśmy zaczęło lać. Zmarznięci i zmoknięci, szybko doszliśmy gremialnie do wniosku, że trzeba gdzieś się zadekować i przeczekać... byle gdzie, byle nam nie padało na łeb i byle dawali tam coś ciepłego do picia!
Wylądowaliśmy w pierwszej lepszej kawiarni, która okazała się dość miła, ale było w niej wręcz upiornie duszno. Skutkiem czego, zanim każdy dostał to, co zamówił – a trwało to dość długo, gdyż na 8 osób dysponowaliśmy zaledwie dwiema kartami – połowę towarzystwa rozbolała głowa, drugiej połowie zrobiło się słabo, za to wszyscy przybrali na twarzach kolor purpury i zaczęli dość poważnie rozważać możliwość rozebrania się do bielizny. Ostatecznie, pochłonęliśmy nasze rozgrzewające dodatkowo napoje w tempie raczej ekspresowym, czemu z witraża na suficie przyglądał się dziwnie zniekształcony i potwornie różowy prosiak, zezujący nam do filiżanek...
...i uciekliśmy stamtąd z niejaką ulgą, za to znów w deszcz i przejmujące wietrzysko.
Następnie towarzystwo w większości rozbiegło się w różne strony, do swoich domów i innych zadań – także zostałyśmy z Violką we dwie i ruszyłyśmy do cholernej “Leitnerovej”...
... która prawdę mówiąc już w tym momencie zaczynała mi wychodzić bokiem, a jeszcze nie wiedziałam jakie atrakcje przede mną!
Drugie podejście do owej knajpy, było o tyle szczęśliwsze, że knajpa tym razem okazała się otwarta. I na tym się mniej więcej nasze szczęście kończyło. Wrażenia jakich tam doznałyśmy (a przypominam, że byłyśmy już zaprawione dzięki zezowatemu, niekształtnemu prosiakowi z witraża, zezującemu nam do filiżanek), doprawdy trudno oddać słowami. Dość, że zapłaciłyśmy po 60KC za “wieczór folkowy”... który z folkiem miał tyle wspólnego, że w jednym (słownie: JEDNYM) utworze, facet poproszony gościnnie na scenę, wyjął skądś róg I wydobył z niego 4 dźwięki... @____@
Cały koncert odbywał się na tyłach knajpy, w salce przypominającej wystrojem świetlicę lub stołówkę w ośrodku wypoczynkowym z lat 60tych.
Na spowitej ciemnościami scenie, wystąpił zespół w składzie:
nawiedzony keyboardzista rodem z występów w salce parafialnej,
perkusista wyglądający jak na ciężkim haju i przejawiający przedziwną właściwość, która polegała na tym, że podczas grania miał albo zamknięte oczy i otwarte usta, albo odwrotnie, ale podczas tej drugiej opcji patrzył wyłącznie w sufit.
jeden potwornie gruby gitarzysta, ledwo sięgający rękoma do opierającej się niemal metr przed nim, na ogromnym brzuszysku, gitary.
drugi gitarzysta zapewne dla równowagi, wyglądał jak spowite w przykurzoną czerń (równą ciemnościom panującym na sali) skrzyżowanie anorektycznego kominiarza ze strachem na wróble, w czym wydatnie pomagał zabójczy czarny kapelusik, stylowo przejechany kilkakrotnie przez ciężarówkę... (a przynajmniej tak wyglądał). Co ciekawe, ów gitarzysta podczas grania spoglądał głównie na swoje stopy (zapewne dla przeciwwagi względem kontemplującego sufit perkusisty..)
Całość uzupełniała, podejrzanie zwyczajnie wyglądająca, wokalistka w średnim wieku, która jednak dziwnym trafem całą swoją osobą przywodziła nieodparcie na myśl klimaty w stylu:
“Właścicielka baru przy szosie, w zabitej dechami wsi, zbudowanej przy przelotówce... Cztery domy na krzyż przy tej aswaltówce, co leci przez wieś prosto jak w pysk strzelił, a na jej końcu ów bar, jedyny w okolicy, prowadzony przez ową "miłą panią z zacięciem artystycznym", która po 18.00 zamyka bar oficjalnie, po czym po godzinach raczy sąsiadów i znajomych śpiewem piosenek autorstwa własnego oraz zaprzyjaźnionych samozwańczych kompozytorów”...
Ogólnie nie mam nic przeciwko. Śpiewajmy, grajmy i bawmy się, im częściej tym lepiej – na zdrowie! Ale nie wynośmy wszystkiego do rangi sztuki, a już tym bardziej nie nazywajmy czegoś czymś, czym nie jest i nie wprowadzajmy w błąd potencjalnych odbiorców!
W efekcie, przez bite dwa utwory siedziałyśmy z Violką bez ruchu, wlepiając oczy w to panoptikum i usiłując zrozumieć, co my właściwie widzimy, co słyszymy... i co my tu w ogóle robimy?!
W trakcie trzeciego utworu nieco nas odblokowało i zaczęłyśmy z niedowierzaniem komentować zastaną rzeczywistość oraz wzajemnie się upewniać, że nie zaszła jakaś pomyłka, ewentualnie, że nie oglądamy właśnie jakiegoś przeoczonego supportu przed główną częścią wieczoru... czym spowodowałyśmy karcące sykanie akustyka, siedzącego akurat tuż za naszymi plecami.
Pod koniec trzeciego utworu dobiła do nas Kaśka z mojej grupy, która przesiedziała z bardzo dziwnym i nieodgadnionym wyrazem twarzy cały utwór numer cztery, powtarzając przy tym monotonnie półgłosem: “Nie, nooo.... SĄ gorsze rzeczy... Nie no, nie wszystko musi być przecież idealne... “ bardzo mało przekonującym tonem, czym oczywiście doprowadziła nas do tłumionego usilnie ataku śmiechu. W tym celu, zaczęłyśmy z Violą dość gwałtownie i sporymi haustami opróżniać nasze kubki z grzanym winem, rozpaczliwie starając się nie zakrztusić oraz powstrzymać parskanie i lecące nam już ze śmiechu łzy...
I na to właśnie, w utworze piątym, na scenę wstąpił wspomniany już facet z rogiem, z którego z namaszczeniem wydobył równo cztery dźwięki...
Obwieszczając tym samym definitywny koniec naszej wytrzymałości!
“Masz swój element folkowy!” pisnęłam w ucho Violce, która przez połowę spędzonego tam przez nas czasu, coraz żałośniej mnie pytała - co to do cholery ma wspólnego z folkiem?!
I słusznie. Efekt tego był jednak taki, że w tym momencie dostałyśmy histerycznego ataku śmiechu, którego już nie udało nam się w żaden sposób stłumić i opanować. Wobec czego, z pierwszymi oznakami zainteresowania naszymi osobami niewielkiej grupki fanów wpatrzonych dotychczas z uwielbieniem w scenę i reprezentujących sobą zbieraninę niemal równie kuriozalną, co muzycy – zwyczajnie uciekłyśmy z sali!
Co z pewnością, przynajmniej w pewnym stopniu, ocaliło naszą psychikę...
Wróciłyśmy do akademika w strugach deszczu, mokre jak ściery... no i nie zdążyłam na jutro napisać eseju :-/


* Dla zainteresowanych: w marcu bieżącego roku willa znów zostanie udostępniona zwiedzającym, po 2 letnim okresie, podczas którego była zamknięta z powodu remontu!
Dajcie znać, jeśli będziecie się wybierać – ja już planuję! :)

Więcej i szerzej o willi – tutaj:
http://www.tugendhat.eu/?lang=cz