niedziela, 6 maja 2012

A tu już maj!...

Drodzy,

Ostatni post zamieściłam 12 marca, a tu jak w tytule...
No, ale po miesięcznym przymusowym odwyku od bloga, czas zakasać rękawy i co nieco ponadrabiać! :)
Takie mam przynajmniej szczytne założenie, chociaż prawdę mówiąc, kwiecień był tak napakowany wydarzeniami, że cały czas się zastanawiam jak to ugryźć... O.o

Ale aby nie robić sobie kolejnych zaległości - przez chwilkę potrzymam się jeszcze chronologii...
Przyznajcie się, kto miał w tym roku dłuuuuuugi majowy weekend i co robił? :)

Ja miałam tak średnio, bo tylko poniedziałek 30.04 wzięłam wolny. Plany na te 4 dni były konkretne, ale się posypały przez czynniki zewnętrzne oraz prawo Murphy'ego. Zamiast więc wylądować czysto przyjemnościowo po czeskiej stronie - w Brnie, postanowiłam odbyć w końcu tzw. wizytę przygotowawczą w Piątku pod Łodzią (gdzie koordynuję międzynarodowy projekt wolontariacki, który odbędzie się w lipcu :)
W tym celu zwlokłam się (siłą woli!..) w sobotę o 5.00 rano, żeby złapać o 6.35 pociąg do Kutna - skąd odebrała mnie moja współkoordynatorka - i razem pojechałyśmy do Piątku, łapać z kolei tamtejszego wójta, który mógł się z nami spotkać tego dnia wyłącznie i jedynie o godz. 10.00 rano...
Ha, cóż. Służba, nie drużba - słowo się rzekło, i tak dalej, a wójt ważna persona i dla dobra projektu trzeba było z nim parę rzeczy omówić i zgodę na kilka innych uzyskać... Ale na szczęście poszło bardzo dobrze, udało nam się wszystko załatwić i wójt oficjalnie "klepnął" nam projekt, także mamy "zielone światło" i możemy ruszać z dalszymi przygotowaniami :) Reszta soboty upłynęła nam na załatwianiu paru innych spraw (jak np. wizytacji i załatwieniu noclegu dla wolontariuszy w internacie miejscowej szkoły, itd.) oraz ogólnym i nieco bardziej szczegółowym zapoznawaniu się z całym terenem i robieniu notatek.
Przez cały czas wizytacji, gościłam w domu rodzinnym mojej współkoordynatorki, który mieści się we wsi oddalonej o kilkanaście kilometrów od Piątku. Muszę powiedzieć, że dziewczyna ma bardzo sympatyczną rodzinę :)
W niedzielę pojechaliśmy wszyscy stadnie na wycieczkę do arboretum w Rogowie, gdzie w międzyczasie zrobiłyśmy sobie jeszcze generalną naradę podsumowującą naszą wizytę przygotowawczą.
Około 16.00 zostałyśmy podrzucone na dworzec w Kutnie, skąd wróciłyśmy do Poznania.

Poniedziałek miałam niby wolny, ale jakoś tak cały zleciał na załatwianiu różnych spraw, których nie ma jak, gdy się normalnie pracuje do godziny 16.00.
Całe szczęście, że we wtorek był wolny "odgórnie", bo właściwie dopiero w ten dzień udało mi się chociaż trochę odpocząć, po tym... dłuuuugim tygodniu! :)

W środę byłam normalnie w pacy. Za to w czwartek odwiedzili mnie w Dziupli rodzice, udało mi się wreszcie do końca uporządkować i zagospodarować balkon... chociaż, kto wie, czy naprawdę ostatecznie? "Grzebanie w ogródku" wciąga!... i  uruchomiliśmy rowery! :)

W piątek po pracy wróciłam do siebie rowerem. Po drodze spotkałam kolegę, który (też rowerem) jechał do Starego Browaru oddać jakąś koszulę i ostatecznie pojechaliśmy tam razem. Po czym, wracając, weszliśmy do mnie na herbatę i przegadaliśmy cały wieczór :)

Za to wczoraj (zgodnie z planem na ten dzień) około 14.00 przyszedł Yeti, zrobiliśmy fajne kanapki i poszliśmy sobie do Ogrodu Botanicznego :) Polecam wszystkim nie-wiedzącym-co-zrobić-z-wolnym-popołudniem. W tej chwili, przy ładnej pogodzie, jest tam naprawdę bardzo miło. Ogród wygląda wręcz... kwitnąco! :)
Kto nie wierzy, niech zobaczy...




foto by: wróżka, yeti