piątek, 10 lutego 2012

Znajdź wróżkę.. ;) / Find a fairy.. ;)

... czyli wspominki z fantastycznej tradycyjnej polskiej potańcówki, jaka się odbyła pod koniec stycznia tego roku, w poznańskim klubie Fabrika :)
Chłopakom Janusza, Witkowi oraz Fabrice - jeszcze raz - Pięknie dziękuję!!! <3 <3 <3

/... or memories from amazing traditional polish folk dance&romps, which had place in club Fabrika (Poznań) at the end of January 2012 :)
For Janusz's boys, Witek and Fabrika - once again - Thank you Very Much!!! <3 <3 <3




niedziela, 5 lutego 2012

A TU JUŻ LUTY...

Drodzy,

Przez Styczeń przemknęłam znów ze świstem... i ani się obejrzałam a tu już Luty!
Ostatnie tygodnie upłynęły mi pod hasłem: "ja nie śpię, ja nie jem, ja działam!"
No i w końcu - baterie mi się w organizmie wyczerpały chyba...
Wprawdzie nie tak jeszcze zupełnie, ale coś w piątek sklęsłam zupełnie, jakieś dreszcze zaczęły po mnie latać, głowa boleć, w gardle drapać - no jak nic, preludium do jakiegoś choróbska :(
Pierwsze proszki i tabletki zaaplikowałam sobie jeszcze w pracy, z której popędziłam wzmocniona chwilowo, do Dziupli, przygotować się i ją na gości. Miało się bowiem odbyć Z Dawna Zapowiedziane - Średniowiecze Party na 9 i pół luda...
Ostatecznie dotarły tylko 3 osoby i wprawdzie było bardzo miło, mieliśmy znów same pyszne rzeczy rzeczy do jedzenia (Martucha z Adamem osiągnęli mistrzostwo w smalcu domowej roboty oraz własnoręcznie pieczonym chlebie, a Paulina zakasowała wszystkie inne znane dyniowe przetwory przynosząc dyniowy dżemik i pikle własnej produkcji!:) Gadaliśmy i graliśmy w planszówkę "Filary Ziemi" i w ogóle fajnie było :)
Uznałam jednak, że ze względu na frekwencję, była to "wersja beta" imprezy i należy ją powtórzyć w innym terminie jeszcze raz...
Piątek jeszcze zatem jakoś przetrwałam, siłą rozpędu, ale w sobotę czułam się już gorzej, więc stwierdziłam, że robię dzień dla regeneracji organizmu, raz siedzę na tyłku w chacie i nigdzie się nie ruszam.
Plan ten okazał się mieć nieco zaskakujące skutki. Otóż, jedyne co na ten dzień zaplanowałam konkretnie - to zaprosiłam Yetiego, głównie w celu przetestowania nowej karcianki, którą sobie nabyłam byłam niedawno, w ramach imieninowego prezentu. A także z racji sporej ilości jedzenia, które jak zwykle po imprezie zostało. Sprawdzony system - sama bym tego nie przejadła, więc trzeba było kogoś zaprosić do pomocy.. ;)
Yeti przyszedł o 15.00. Krótko przed tym, telefonicznie zaanonsował się Radosław na 19.00, bo okazało się, że trzeba w trybie niemal natychmiastowym omówić kwestię współpracy przy jednym projekcie. A około 17.00 zadzwonił mój były-już-niestety-sąsiad Przemo, z informacją, że właśnie przechodzi obok mojej bramy i czy może mógłby w związku z tym wstąpić na chwilę, bo dawno się nie widzieliśmy.. :)
Normalnie szał odwiedzin :)
Oto co się dzieje, jak człowiek raz we własnym domu siedzi! ;)

Dziś nadal odbywam dobrowolny areszt domowy w celach regeneracyjnych. Gorzej, być może dzięki temu, mi nie jest, ale lepiej też nie bardzo.. a w dodatku w brodę sobie pluję, bo przez to nie dotarłam dziś na szalenie unikatowe warsztaty tańców csango! :( Kiedy taka okazja się powtórzy, nie wiadomo. Poza tym plany na ten tydzień nadal napięte jak struna i w ogóle co to ma być, ja się pytam?!..
Eh, trzymajcie kciuki za mój szybki powrót do formy!
W końcu, jak mawiają Czesi: Kolik pesti, tolik stesti! ;)
Ahoj!