piątek, 23 grudnia 2011

Zdrowych * radosnych * spokojnych * ciepłych * Świąt * Bożego * Narodzenia * w * ciepłej * rodzinnej * atmosferze * z * mnóstwem * szczerych * uśmiechów * udanych * prezentów * oraz * dobrego * jedzenia - niechaj * ten * czas * upłynie * każdemu * z * Was * tak * jak * sobie * tego * byście * życzyli!

Vesele * krasne * rodine * klidne * Vanoce * hodne * darku * usmevu * a * dobreho * jidla - at' * tento * svatek * bude * taky * jak * bych * jste * chtely * !

Merry * Christmas * ! * Let * this * time * be * full * of * joy * peace * love * miracles * smiles * presents * good * food * and * whatever * else * you * want * !

На * надыходзячыя * Каляды * здароў'я * памыснасьці * ва * ўсіх * вашых * пачынаньнях * трываласьці * ў * рэалізацыі * сваіх * намаганьняў * і * шмат * дабра * вакол * усіх * вас * !

(к сожалению я не знаю как это запись на русском языке также только:
С * Рождеством * ! *)

Nollaig * Shona * ! * I * can't * write * more * in * that * language * ! * :)

Boldog * Karácsonyt * ! * es * azonos * mint * felett * :D

聖誕快樂 * ! *


design & made by MR

wtorek, 6 grudnia 2011

Tańce, tańce! :)

Z Nowym Rokiem - tanecznym krokiem! :D
Czyli... wszystkich serdecznie zapraszam na kursy,
które ruszają w styczniu!
Pierwsze zajęcia już 05.01.2012. A więcej informacji poniżej :)

sobota, 26 listopada 2011

"Szaleństwo katalogowania", "...pod specjalnym nadzorem" i "Irlandia , celtycki splot"

Drodzy,

Tym razem postanowiłam pobawić się trochę tytułami ;)

Pamiętacie jak kilka lat temu, w związku z nowelizacją pewnych przepisów, zamieniono Sprzątacza/Sprzątaczkę na nieco kuriozalnego Konserwatora Powierzchni Płaskich?
Otóż, pozwolę sobie zapożyczyć oraz przytoczyć tu zgrabny tytulik od pana Eco i stwierdzić, że "szaleństwo katalogowania" trwa...
Jakiś czas temu dowiedziałam się bowiem, m.in. dzięki naszemu Urzędowi Miasta, że wcale nie jest tak, jak mi się wydawało, że PO PROSTU nie mam w domu internetu...
Otóż nie! Ja jestem CYFROWO WYKLUCZONA!
Prawda, jak odpowiednio nazwany problem zyskuje od razu na ciężkości? ... ;)

Tak czy inaczej, uzbrojona w tę oto -teraz już niemal apokaliptycznie brzmiącą- wymówkę, kajam się mimo wszystko za ostatnie blogowe zaniedbania i niniejszym przystępuję do nadrabiania :)

I tak w ubiegłym tygodniu, z wydarzeń bardziej kulturalnych...

W piątek (18.11) byłam na spotkaniu pt."Polak vs. Czeszka" (w księgarni Bookarest), w ramach tygodniowego festiwalu "Czechy pod specjalnym nadzorem".
Podczas spotkania Mariusz Surosz - Polak mieszkający od 3miesięcy w Pradze, autor dość niedawno wydanej książki "Pepiki" i Eva Zamojska - Czeszka, która wyszła za mąż za Polaka i od 30 lat mieszka w Polsce, zmierzyli się "z kalkami myślenia o sobie nawzajem, starali się odpowiedzieć na pytanie jak z nimi walczyć i czy jest to w ogóle możliwe - a jeśli tak, to w jaki sposób". Bardzo sympatyczne, ciekawe i udane spotkanie :)
Również w ramach tego festiwalu, w niedzielę (20.11) udało mi się W KOŃCU obejrzeć głośny film Sveraka "Kola" (1996), w Kinie Malta (pod nowym adresem). Bardzo ciepły film, momentami wzruszający, momentami zabawny i... eh, co tu wiele mówić - po prostu bardzo "sverakovy"! :)


A tytuł festiwalu, wiadomo do jakiego dzieła nawiązuje ;)

Tak przy okazji, w Kinie Malta na Rybakach, byłam po raz pierwszy już w sobotę.
I to zupełnie znienacka, ponieważ wracając z Muzeum Archeologicznego, natknęłam się na wywieszone w oknie mojego warzywniaka ogłoszenie o organizowanej przez MOPR, darmowej wycieczce-odwiedzinach "naszego" kina pod nowym adresem. Załapałam się dosłownie w ostatniej chwili, dobiegłam na miejsce zbiórki w momencie wymarszu grupy :) Ale warto było! Mogliśmy zwiedzić nową siedzibę kina, posłuchać jego krótkiej historii, a na koniec w ramach wycieczki obejrzeliśmy animowany francuski film "Iluzjonista". Bardzo ładny, choć dość melancholijny. A akcja odwiedzin kina - bardzo fajna! :)




[Francusko-brytyjski film "Iluzjonista", wyreżyserowany przez Sylvaina Chometa opowiada historięAcademy of Motion Picture Arts and Sciences' 83rd Annual Academy Awards / Fot. Courtesy of Sony Pictures Classics starzejącego się magika, którego sztuczki przestają zachwycać publiczność. Tytułowy iluzjonista zaczyna tracić serce do swego zawodu. Dzieje się tak do momentu, gdy poznaje młodą dziewczynę, całkowicie wierzącą w magię. Film "Iluzjonista" to klasyczna animacja pozbawiona efektów 3D].


I na koniec, choć nie do końca chronologicznie i nie tylko "Irlandia, (ale za to na pewno pokaźny) celtycki splot", czyli sobotni koncert w Tanner's Irish Pub.
Grał Beltaine, a chłopaków wspomagał gościnnie Jochen Vogel... no i ja nie rozumiem, czego ta Wanda Niemca nie chciała! ;)



foto by Ola Czapla

Prawdopodobnie... komiks wkrótce, a tymczasem do posłuchania - chociaż z innego koncertu :)
http://www.youtube.com/watch?v=QnuCbO2aBVc

poniedziałek, 14 listopada 2011

Traveling in time.. ;-)

Dear Friends,

As I wrote in my profile, I love to travel!
Not only in different directions, but also... in time! :)
Here, some proofs, that I really do it. From time to time... ;)

Decadence of XIXth Century...





Early Medieval, about Xth Century...













photos by: T.Zajcher, J.Celichowski, L.Tyczyńska, Z.Chmelař

niedziela, 13 listopada 2011

** aktualności: pojawił się nowy wpis w dziale Wspominki z Podróży, Brno **
Aby wyświetlić ostatni wpis, kliknijcie na etykietę "Brno".

czwartek, 10 listopada 2011

Akcja - kuchenka, czyli jak wróżka użyła swej mocy i poczuła się jak jednoosobowa filia Caritasu.. ;-)

Słuchajcie,

Jak to się czasem pięknie wszystko składa...

Wyobraźcie sobie, wczoraj zadzwoniła do mnie Driada i dość posępnie oświadczyła, że miała nalot Panów Z Gazowni, którzy znienacka odcięli jej gaz. Na amen. Z powodu, jak się okazało, złego stanu kuchenki. Tym samym, zupełnie nieoczekiwanie pozbawili Driadę możliwości ugotowania sobie czegokolwiek.. ciepłego jedzenia.. wody na herbatę! No, sami wiecie - kataklizm!

Ale.. od czego ma się wróżkę! :)
Otóż, Driada zakończyła swą opowieść, czymś w stylu: "..żebym tak sobie chociaż durny ryż mogła ugotować!" Co, sami przyznacie, miało strukturę życzenia.
I wtedy moja moc mnie olśniła... i wyczarowałam jej 2-palnikową kuchenkę elektryczną! :D Od ręki. Jak bum cyk! ;)

Czary wymagały wprawdzie lekkiej tężyzny fizycznej oraz paru nieco skomplikowanych ćwiczeń gimnastycznych, podczas wykopywania jej z najgłębszego, najciemniejszego i najmniej zbadanego kąta Dziupli - ale zakończyły się triumfalnym sukcesem :D
Mówisz - i masz. Zdaje się, że Driada w pierwszej chwili trochę osłupiała, ale najwyraźniej szybko jej przeszło, bo już dziś radośnie stawiła się po odbiór pożyczanego sprzętu :)

Jak to mawiają w filmach - I znów dobro zwyciężyło.. ;)
Driada odzyskała możliwość gotowania i czas na spokojne nabycie własnej nowej kuchenki , wróża wykazała się refleksem oraz zyskała możliwość przetestowania nieużywanego dotąd sprzętu, a kuchenka zadebiutowała i spełnia właśnie swoje pierwsze ważne zadanie ;)

... No dobrze. Wiem, że was zżera ciekawość, skąd u licha nagle wytrzasnęłam kuchenkę? Ano, naprawdę leżała sobie przyczajona w kącie i czekała na swój czas.
A zakupiłam ją kiedyś "na zaś", w ramach dosprzętowywania się, do różnych zajęć i warsztatów. W końcu, w pracy twórczej przydają się czasem różne rzeczy i różne materiały wymagają różnych przygotowań... Czasem trzeba coś podgrzać, czy podgotować, (a niekiedy coś podpalić.. ;) i nie zawsze są ku temu warunki w miejscu przeprowadzania zajęć. Wychodzę więc z założenia, że lepiej być przygotowanym i posiadać na podorędziu własny sprzęt ;)

Jak widać, przydaje się w najmniej spodziewanym momencie! :)

środa, 9 listopada 2011

CZECHY 2009 - wróżka na obczyźnie, epizod brnieński cz. 6

DZIEŃ JEDENASTY – Brno, 03.02.2009

Zajęcia jak co dzień i ogromne zadanie domowe - na jutro.
Zrobiliśmy je z Jonatanem, częściowo w knajpie, gdzie poszliśmy z Dorotą po zajęciach coś zjeść.
NIECHCĄCY zamówiłam tam piwo i doprowadziłam wszystkich do ataku śmiechu, bo chcieliśmy się dowiedzieć jak jest po czesku “podkładka pod piwo”. Wzięłam to dzielnie na siebie, pokazałam z namaszczeniem kelnerce podkładkę i zapytałam jak to się nazywa po czesku... Na co kobieta:
“Aha!.. PIWO!” i poleciała po piwo, nim ktokolwiek zdążył mrugnąć okiem. Jakoś nam było głupio protestować, kiedy już je przyniosła, wobec czego piwo dostał i wypił Jonatan, a jak jest ta durna podkładka pod piwo – nadal nie wiemy.*
Potem poszliśmy wszyscy do kina, na jakiś wybrany na chybił trafił czeski film(w którym występował J.Machacek, co wydało nam się jednak bardzo istotne, skoro szliśmy na czeski film.. ;) gdzie dobiła do nas Violka. Następnie, dziewczyny zostały w kinie (“Lucerna”, na ul.Mińskiej) na jeszcze jeden film, a ja z Jonatanem poszliśmy do “Alberta” na zakupy. Potem się rozdzieliliśmy. Przeszłam pół Brna pieszo, wlokąc siatę z zakupami typu 1,5 litra soku, kilo ziemniaków, itp. Do akademika doczołgałam się, brnąc przez śnieg, w stanie zbliżonym do przedzawałowego.
Te tutejsze górki kiedyś mnie wykończą...! o.O

Kilka przykładów zróżnicowanej brnieńskiej architektury :)









* TERAZ już wiem, ale od opisywanego momentu do zdobycia owej wiedzy, minęło zdaje się jakieś pół roku... ;)

czwartek, 3 listopada 2011

Jeszcze po-koncertowo... ;-)

I.

II.



POZOR! / CAUTION!


Pro ČESKOU VERZI - klikněte dolu na "komentarze"!
(a prosim, jestli bych me nekdo neopravil chyby?.. ;)

To see ENGLISH VERSION - click down on "komentarze"!

środa, 2 listopada 2011

Tomáš Kočko & Orchestr... w Poznaniu! :)


Drodzy,

Zgodnie z zapowiedzią, sobota 22.10 w osobnym poście.
A to za sprawą Tomáša Kočki z ekipą, którzy pojawili się tego dnia w Poznaniu, również w ramach III Festiwalu Kultur Regionów :)

Koncert był wprawdzie o g.19.00, ale w praktyce spędziliśmy razem cały dzień, ponieważ miałam przyjemność być jednym z dwóch ich Aniołków Stróżów ;)
(W tym miejscu składam bardzo serdeczne podziękowania Ani, która o mnie pomyślała w niezwykle właściwej chwili!:)
Jak to jednak bywa, "w dobrym towarzystwie, czas szybko płynie"...
A i rozkład dnia był, wbrew pozorom, wypełniony dość szczelnie.

I tak, spotkaliśmy się około 10.00 rano w hostelu, skąd poszliśmy wszyscy do Domu Bretanii na festiwalowe wykłady. Na początku wystąpiła pani z Urzędu Miasta Brno i oprócz bardzo fajnej prezentacji wszelakich walorów swojego miasta, uradowała mnie informacją, że niemal 2-letni remont Willi Tugendhatów wreszcie dobiega końca i znów zostanie udostępniona zwiedzającym - dokładnie 6 dni przed moimi urodzinami! ;)
Następnie głos zabrał jakiś profesor z Zakładu Języków i Literatur Zachodniosłowiańskich UAM i choć temat miał ciekawy „Morawy – historia dawna i współczesna”... to niestety smęcił straszliwie i położył go zupełnie formą. Szkoda. Jako ostatni prelegent wystąpił Tomáš, z wykładem na temat tradycji muzycznej Moraw.
Później poszliśmy na obiad (podczas którego również zostałyśmy z Anią uhonorowane przedpremierowym pokazem najnowszego teledysku zespołu, do piosenki z albumu "Godula"). Chwila "czasu wolnego" i już trzeba się było przenosić i zainstalować na próbę, po której był już zaraz koncert.

Koncert był świetny, cały dzień zresztą przesympatyczny i bardzo zabawny, zleciało nie wiadomo kiedy... ;)
I naprawdę, jeśli chodzi o całość - była to dla mnie ogromna radość i pięknie dziękuję wszystkim, którzy się do takiego obrazu tego dnia przyczynili :D
Na pamiątkę, zostało kilka fotek...

Próba:





Koncert:



Prasa:

niedziela, 30 października 2011

Horror Party u Marty... oraz rozpoczęcie III Edycji Festiwalu Kultur Regionów

Kochani,

Znowu z lekkim poślizgiem, ale raportuję o wydarzeniach z ubiegłego weekendu.
A było imprezowo! Trochę strasznie, trochę poetycko i mocno folkowo... ale od początku!

W czwartek (20.10) rozpoczęła się kolejna, trzecia już edycja Festiwalu Kultur Regionów, bardzo miłym koncertem bretońskiej harfistki Gwenael Kerneo.



W piątek zaś (21.10), zaczęłam kameralnie - od małego "horror party", na które zostałam zaproszona przez Martuchę i Adama, czyli kolejnej z naszych, praktykowanych w tym gronie, tematycznych spotkań towarzyskich ;)
Tym razem padło akurat na imprezę horrorystyczną... (nie wiem, być może Martucha potrzebowała jakiegoś przełomu kolorystycznego, czy też kontrastu do bieli ryżu oraz stroju do taekwondo, po ostatnich "sushi party" i "asia party" ;)
W każdym razie, obowiązywał strój stosowny, były dekoracyjne pajęczyny (z mieszkańcami gratis), same specjały (w stylu m.in. babeczek z gałkami ocznymi, ciasta o wdzięcznej nazwie "topielec" oraz krwi... z pomidorów ;), a także klasyka kina grozy (w postaci "Nosferatu" z 1922 r., który jak na wampira przystało... nie wyszedł na zdjęciu ;)



Tu właśnie oglądamy tego archaicznego przedstawiciela wampirzego rodu.. ;)



Niestety, obowiązki tego dnia mnie wzywały i tym razem musiałam dość wcześnie opuścić szacowne grono w nieco mrocznej wersji...
Wieczór zaś zakończyłam, również dość przelotnym pojawieniem się na październikowej edycji bal-folku w Forcie Colomb, gdzie po pierwsze udało mi się trochę niezamierzenie przyprawić o lekki opad szczęki sporą grupę znajomych - która absolutnie nie była przygotowana na zobaczenie mnie w wersji ghotic lolita... ;)
Po drugie zaś, byłam tam umówiona z Anią na naradę bojową, aby omówić plan działania na dzień następny...
...ale o tym już w następnym poście ;)

Wycinki

Słuchajcie, ostatnio wzięłam się za przeglądanie i porządkowanie stosu gazet...
Nazbierało się tego trochę, lekko i niepokojąco zaczęło się chwiać...
Tym samym stanowczo dając znaki i dopominając się uwagi i przeczytania... W KOŃCU!
Nie wiem, też tak macie? Gromadzicie stosiki "do przeczytania-na później-w- sprzyjającej-chwili-która-nie-wiadomo-czy-i-kiedy-nadejdzie"?... :P

Ale jak widać, czasem nadchodzi ;)

Oto kilka ciekawostek, które przy tej okazji znalazłam :)
Na początek, dość fajny artykuł...


Recenzje dwóch, ciekawie się zapowiadających książek...



A na koniec, dwie... reklamy :)
Pierwsza bardzo mi się podoba ze względu na pomysł, druga ze względu.. wiadomo na co ;)

poniedziałek, 24 października 2011

CZECHY 2009 - wróżka na obczyźnie, epizod brnieński cz. 5

DZIEŃ ÓSMY – Brno 31.01.2009

Zapewne dlatego, że jest weekend, a także ponieważ wczoraj pół dnia mówiłyśmy, że dziś trzeba się w końcu wyspać – obudziłam się jak głupia o 8.00. Jednak obudzić się, a wstać, to zupełnie dwie różne rzeczy! Przeczytałam sobie kawałek książki. Ale za to nie udało mi się zebrać i wygrzebać o właściwej porze, skutkiem czego, nie zdążyłam na jakąś wystawę ilustracji, na Spilberku, którą miałam początkowo w planach.
Z drugiej strony, nie lubię robić za “japońską wycieczkę”, bo to żadne zwiedzanie, a bałam się, że jak pójdę i nie będę się spieszyć, to albo nie zdążę wszystkiego obejrzeć, albo spóźnię się na spotkanie... z Nikolą. Umówiliśmy się bowiem na godzinę 13.45, przed blokiem A1, bo mieliśmy pojechać raem z Admirem i jakimiś ich kolegami nad pobliskie jezioro – tzw. Brnenska Prehrada.
Tak trochę jak nasz Kiekrz, chociaż bliżej miasta, bo jedzie się tam normalnym tramwajem, około 10 przystanków od nas. Latem musi być tu całkiem ładnie. Jezioro jest długie, choć wąskie, w tle górki i pagórki. Podobno gdzieś na nich jest jakiś fajny zamek, Nikola tam był, ale mówi, że jest otwarte tylko latem. Wracając do jeziora.. dookoła trochę byle jakiej zabudowy o charakterze rozrywkowo – użytkowym oraz zaczynające się lasy.
Teraz wyglądało to trochę gorzej, bo woda się cofnęła, czy też może została częściowo spuszczona (w końcu to sztuczne jezioro, powstałe przez zatamowanie czegoś wyżej) i przy brzegu widać spory pas błota i śmieci. Ale za to kawałek dalej wszystko było zamarznięte! A na tym zamarzniętym pełno ludzi, dzieci, psów... Wszyscy spacerują, jeżdżą na łyżwach i grają w hokeja. Było nawet kilku paralotniarzy. Oczywiście nie minęło wiele czasu i nam się udzielił ogólny beztroski nastrój. A w ogóle, ostatecznie pojechaliśmy tylko we trójkę, tzn. ja, Nikola i Admir.
Tak więc ślizgaliśmy się na tym lodzie, trochę przepychaliśmy, ścigaliśmy, rysowaliśmy na tej przypruszonej śniegiem tafli, wygłupialismy się.. I ogólnie mieliśmy niezłą zabawę, a przy okazji nawet nie zmarzliśmy, choć mróz też był niezły. Znowu się czułam, jakbym miała 2 fajnych braci :D
Wróciliśmy późnym popołudniem. Wieczorem dziewczyny poszły na dyskotekę, gdzie też ponoć było fajnie, ale mnie się już nie chciało i zostałam tym razem w akademiku. Jakoś nie żałuję.








DZIEŃ DZIEWIĄTY – Brno, 01.02.2009

Urodziny Violki.
Znowu obudziłam się dość wcześnie, ale nie chciało mi się za bardzo wstawać, tym bardziej, że Dorota też odsypiała imprezę. Kiedy się w końcu zwlokłyśmy, zaczęłyśmy kombinować co by tu Violce dać w ramach prezentu. Za dużego wyboru nie było, w końcu dostała: kisiel, batoniki oraz mus kasztanowy – wszystko to elegancko zapakowane w kolorowe strony z jakiegoś czeskiego magazynu, udające ozdobny papier pakowy. W końcu, obczyzna, zesłanie (wprawdzie dobrowolne), itd. Do tego dołączyłyśmy osobliwą kartkę, stworzoną przeze mnie długopisem oraz zakreślaczami na zeszytowej kartce w kratkę.. Efekt był dość dziwy, ale w końcu liczą się chęci – tworzyłyśmy nasz zestaw urodzinowy, z tego co było dostępne pod ręką.
Następnie poszłyśmy jej to wszystko zanieść. W drzwiach patriotycznie ryknęłyśmy gromkie “Sto lat”! Zdaje się, że skupione na sile dźwięku wydobywanego, trochę mniej uwagi poświęciłyśmy melodii... Biorąc jednak pod uwagę, że jednocześnie usiłowałyśmy sie nie udusić ze śmiechu, i tak byłyśmy dzielne, bo odśpiewałyśmy całość. I nie ma mocnych – co najmniej pół akademika musiało się wtedy poddać chwilowemu szerzeniu tradycji polskiej...
Violka też była dzielna. Wysłuchała naszych radosnych ryków do końca, aczkolwiek wyglądała przy tym tak, że nie jestem wcale pewna czy nie wypchnęła nas i nie zatrzasnęła drzwi przed nosem tylko dlatego, że była w szoku i zwyczajnie zabrakło jej siły. Z drugiej strony, może i faktycznie lepiej było nas wpuścić i trzymać ukryte w środku, niż pozwolić nam ryczeć na korytarzu pod drzwiami.. Potem siedziałyśmy u Violki i po prostu gadałyśmy, dopóki nie postanowiłyśmy iść do kina, z czego ja się ostatecznnie wycofałam, bo przypomniałam sobie o Spilberku.
Drugie podejście do zwiedzania tego punktu na brnieńskiej mapie, wypadło o tyle lepiej, że dotarłam tam i obleciałam cały zamek dookoła. Połaziłam też wcześniej trochę po mieście i wreszcie porobiłam trochę fotek architektury. Nie znalazłam natomiast informacji turystycznej.
Ze Spilberku natomiast wygnało mnie niemal kłusem zimno oraz fakt, że mi przemokły buty oraz spodnie, a w dodatku odmroziłam sobie dłonie i to już ostatecznie przesądziło o odwrocie.
Widać moje rękawiczki nie są na tutejszą zimę, a ta tu jest prawdziwa! Dziś pełno śniegu, w niektórych miejscach ciężko przejść, temperatura około -7 C.
Wieczorem poszłyśmy sobie we trzy do hollu przy portierni, włączyłyśmy sobie TV i siedziałyśmy tam rządkiem, oglądając jakiś czeski film z Bolkiem Polevką.

Spilberk:




Narnia?... :)