(NADAL DZIEŃ DRUGI - później)
Godz. 15.00. Wróciłam z niemal 3-godzinnego obchodu. Doroty nie ma nadal, Violki tym bardziej. Osiągnięcia i wnioski z obchodu – następujące:
Zadanie nr 2 wykonane, trasa na uczelnię przetestowana. Poszłam pieszo i całe szczęście, bo pętliłam wokół Gronovej i Arne Novaka, jak pijany wielbłąd wokół oazy.. chociaż zimę mamy porządną, więc skojarzenie może nieco abstrakcyjne). Wracałam trolejbusem, żeby przetestować czas dojazdu.. I zdecydowanie, w razie czego, należy robić dokładnie odwrotnie. Tzn. jechać tam, a pieszo wracać z powrotem, bo ul. Uvoz leci okropnie pod górę.. Wracałabym z góry, to łatwiej.
Wnioski:
1.Dojście na zastavkę Lipova 5 min, przejazd trolejem 7min, dojście z zastavki Uvoz na naszą fakultę* 5 min. Trzeba pamiętać o biletach (10min/2 zony = 10 KC), bo na razie znalazłam tylko dwa biletomaty, jeden w połowie drogi (więc do bani), a drugi przy naszej szkole. Wracać można pieszo.
2.Jeśli by rozdawano jakieś nagrody w kategorii “przyjaciel portiera”, to sądzę, że mogłabym się spokojnie ubiegać o takową. Jak na razie bowiem, nie robię od przyjazdu nic innego, jak tylko zaznajamiam się ze wszystkimi możliwymi portierami, stróżami i recepcjonistami płci obojga... Gdzie nie wejdę, utykam na stróżówce/portierni na (nie oszukujmy się, bardzo cennych pod względem informacji ;) pogaduszkach!
3.Co do jutra, mamy przyjść wcześniej i albo w holu będzie wisieć jakaś informacja co mamy dalej ze sobą zrobić, albo.. nie będzie. Jak nie będzie, to ktoś po nas tu przyjdzie.. a jak nie, to mamy iść sami na 3 piętro do Kabinetu pro Cizincu** i tam się dowiadywać co jest grane.
(Tą, jakże szczegółową, informację oczywiście zdobył dla mnie nie kto inny, a uczelniany portier)
Jeśli chodzi o wykonanie założonych rano zadań, to sprawa wygląda następująco:
1.Zwariować chyba jeszcze nie zwariowałam, choć przyznaję, że zaczynam się tu sama czuć dość dziwnie...
2.Trasa przetestowana, wnioski oraz rezultaty - jak wyżej.
3.Sklepy w najbliższej okolicy jakoś mi się nie rzuciły w oczy, tzn. nie spożywcze, bo innych jest od groma. Jeden “warzywniak” jest obok szkoły, ale jest to “warzywniak” w pełnym tego słowa znaczeniu, czyli poza zieleniną niczego innego tam nie uświadczysz. Dziś i tak zamknięty. Trzeba będzie rozszerzyć poszukiwania.
4.Internetu jeszcze nie znalazłam, gnana głodem i zmęczeniem wróciłam do akademika, pozostawiając ten punkt do wykonania - na później. Swoją drogą dostęp powinien być gdzieś w akademiku, no nie?
5.Co do bufetu, to owszem, zlokalizowałam go, ale nic mi z tego nie przyszło. Okazało się, że nic nam stamtąd nie przysługuje, bo nie mamy kart studenckich/legitymacji, a oni tu mają system z kontem na karcie, co wiąże się z tym, że w zasadzie nigdzie w typowo studenckich miejscach – nie przyjmują gotówki, tylko ściągają z tej karty.*** W dodatku w weekend i tak bufet nieczynny.
6.Na dziewczyny nie doczekałam się, z przyczyn niezależnych ode mnie.
To wszystko zaczyna być lepsze niż wirtualna rzeczywistość w niektórych grach komputerowych... ;)
______________________
* zastavka = przystanek, fakulta = wydział na uczelni.
dopiero czytając te zapiski, podczas przepisywania ich do bloga - zauważyłam, jak śmiesznie i niepostrzeżenie czeskie słówka zaczęły mi się wplatać do myśli, a tym samym do pisanego na gorąco tekstu. ostatecznie postanowiłam zachować zgodność z oryginalnymi zapiskami i nie zmieniać tego.
** coś w stylu uczelnianego Biura ds. Studentów Zagranicznych
*** jak się później okazało, na ten sam problem natknęłam się również w ksero oraz w bibliotece uniwersyteckiej.
DZIEŃ TRZECI – Brno 26.01.2009
A jednak wczoraj, gdy już prawie straciłam nadzieję i zwątpiłam, zapowiadana Dorotka przyjechała. Okazała się bardzo sympatyczną dziewczyną z Wa-wy, po - uwaga – bohunistyce!.. co wcale jej nie przeszkadza upierać się, że niewiele z tego czeskiego umie. Chyba jej nie rozumiem.. Violka w końcu dotarła również, późnym wieczorem.
Dziś natomiast...
W akademiku nadal fajnie i w porównaniu z pierwszą nocą oraz polskimi akademikami generalnie – zadziwiająco spokojnie. Tej nocy spałam jak kamień, ale trzeba było wcześniej wstać, bo o 8.30 mieliśmy wstępny test, kwalifikujący do grup.
Tym samym, uprzedni zakup biletów i obadanie trasy, bardzo się przydały – robię za przewodnika.
Test był dość trudny, jak na moje umiejętności, ale w końcu co się mam przejmować, skoro nigdy tak naprawdę się nie UCZYŁAM tego języka? I tak się okazało, że moje chłopaki* nieźle mnie przeszkolili i zaszczepili we mnie całkiem dobre podstawy, skoro mimo tego od razu trafiłam do grupy średnio-zaawansowanej pierwszego stopnia. Jednak czego by nie powiedzieć, struktury gramatyczne tego języka widziałam, mimo wszystko, po raz pierwszy w życiu na oczy!
(I był to widok, jak się w trakcie kursu okazało, dość CIĘŻKI ;)
Violka trafiła do grupy średnio-zaawansowanej drugiego stopnia, ponieważ w przeciwieństwie do mnie miała może i nieco mniej styczności z żywym językiem, ale za to na pewno widziała już gramatykę, ponieważ od 3 miesięcy uczęszcza na zajęcia z czeskiego, na uczelni w Krakowie.
Dorota jest oczywiście w grupie zaawansowanej. Poza naszymi grupami jest jeszcze jedna, początkująca.
Moja grupa wygląda ciekawie... Jest nas 12 osób i jak się okazuje, jestem jedyną w grupie, która nigdy wcześniej nie uczyła się czeskiego, ani nie mieszka już co najmniej kilka miesięcy w Czechach! (Nie ukrywam, że fakt ten napawa mnie pewną dumą i jeszcze cieplej, o ile to w ogóle możliwe, myślę o tych moich małpiszonach ulubionych, dzięki którym jak widać coś tam jednak podłapałam i to wcale nie mało).
Oprócz mnie, jest jeszcze dwoje Polaków – Kaśka i jakiś facet w średnim wieku, a poza tym pełen przekrój nacji. Dwóch Rosjan – Tichomir i Dmitrij, jedna Ukrainka – Natalia, dwie Niemki – Katrin i Kerstin (i oczywiście przez pół kursu nam się mieszały przez te imiona, chociaż wyglądały zupełnie inaczej :), jedna Koreanka, która używała słowiańskiego imienia Milena, jeden Amerykanin – Benjamin** oraz Serb – Nikola i Bośniak Admir.
Uczy nas przesympatyczna i pełna bardzo pozytywnej energii dziewczyna – Grażyna, Polka mieszkająca w Brnie i pracująca na tutejszym Uniwersytecie.
Zajęcia są wyłącznie po czesku, a dziewczyna ma tak fajny akcent i w ogóle tak prowadzi te zajęcia, że po 5 minutach człowiek zapomina, że nie jest rodowitą Czeszką.
Dziś były tylko 3 godziny zajęć i pierwsze zderzenie z czeską gramatyką... AUĆ! Bolało.
Pomimo to, zajęcia są bardzo fajne. Miło, ciekawie i w ogóle pozytywnie (przynajmniej jak na razie, bo to w końcu pierwszy dzień ;). Zobaczymy jak będzie dalej, choć już widzę, że będzie tego (materiału) sporo... Ale z drugiej strony to dobrze. W końcu jak sama nazwa wskazuje, jest to “INTENSYWNY kurs czeskiego dla obcokrajowców”.
_______________________________
* mowa tu o chłopakach z mojej ukochanej drużyny średniowiecznej, przez których W OGÓLE zaczęłam się czeskim posługiwać, a wkrótce- odczuwać potrzebę bliższego poznania tego języka... ale to już dłuższa i zupełnie inna historia :)
gdyby jednak kogoś interesowało co w drużynie aktualnie piszczy, odsyłam na naszą stronkę:
www.velkomoravane.eu
DZIEŃ CZWARTY – Brno, 27.01.09
Od rana – zajęcia. Dziś już normalnie, czyli w sumie 5 godzin lekcji i jedna 40 minutowa przerwa obiadowa, po pierwszych 3 godzinach. Nadal robię za przewodnika.
Na przerwie poszłyśmy dziś z Violką po raz pierwszy do uczelnianego baro-sklepiku, o wdzięcznej nazwie “Domecek”. (Między nami mówiąc, Violka po godzinach lata za fujarami.. co, jakkolwiek brzmi, oznacza w gruncie rzeczy bardzo niewinną sprawę. Mianowicie, będąc w Brnie, Violka postanowiła przy okazji uzupełnić swoją kolekcję fujarek i innych tego typu instrumentów, o kilka nowych, w różnej tonacji. W tym celu, umówiła się nawet po zajęciach z jakimś “fujarmakerem”. Wprawdzie słowackim, ale nie szkodzi, mieszka i tworzy fujary wszelakie – tutaj).
W “Domecku” spotkałyśmy się z Dorotą oraz poznaną wczoraj Białorusinką – Aliną, która jest w grupie razem z Violką. Alina jest bardzo energiczną, młodą dziewczyną, lubiącą zdecydowanie nieco rockowe klimaty, co zresztą podkreśla strojem. Wczoraj zaczepiła nas na korytarzu zaraz po teście, usłyszawszy, że mówimy po polsku i bardzo się z tego faktu ucieszyła. Okazało się bowiem, że studiuje w Mińsku polonistykę, a ten czeski to już tak trochę z rozpędu i w ramach obowiązkowego wyboru na studiach drugiego słowiańskiego języka...
Do mojej grupy zaś dzisiaj dobił Anglik – Jonathan, który też przeniósł się z grupy Violki. Dostał się tam po teście, ale już po pierwszym dniu uznał, że jednak jest tam za wysoki poziom jak na jego możliwości, a on nie zamierza się w końcu męczyć i umartwiać, więc przepisał się do nas.
I dobrze. Jest bardzo sympatyczny i trochę zabawny, a poza tym jako jedyny z mojej grupy mieszka w tym samym akademiku co ja z dziewczynami. W dodatku, gdzieś między nami a Violką.
Po południu, poszłam do Violki do pokoju “na ploty”. Efektem czego, był nasz wieczorny wypad do miasta w celach towarzyskich.
Początkowo Violka zaczęła mnie namawiać na to, żebym z nią poszła na spotkanie z Jednym Takim, z którym się umówiła, a teraz jakoś w sumie nie chce jej się iść samej i w ogóle...
Po czym po kolejnych 15min pogawędki, okazało się, że Taki Jeden to... Jarviks z jednej z zaprzyjaźnionych drużyn. Kwestia “namawiania” oczywiście natychmiast upadła i na spotkanie poszłyśmy radośnie we dwie. Zobaczywszy mnie, Jarviks miał równie zaskoczoną minę, co ja, gdy Violka wymieniła jego ksywę... No cóż. On nie wiedział, że ja tu przyjadę, a ja nie miałam pojęcia, że on tu mieszka (studiuje). Poszliśmy do menzy*, gdzie Jarviks wciągnął pizze i piwo, a my z Violką zamówiłyśmy sobie kawę. Dostałyśmy ją w pucharkach i z bitą śmietaną, niczym w uroczej kawiarni na starym mieście, a nie w zdezelowanej studenckiej stołówce, gdzieś na uboczu, w której de facto byliśmy. Przez dłuższą chwilę podumałyśmy sobie też z Violką nad zjawiskiem sprzedaży piwa w studenckiej stołówce, jako jednego z równoprawnych napojów, stanowiącego tu oczywistość.
Fajnie było się spotkać. W dodatku od razu umówiłyśmy się na kolejne spotkanie, jutro – do muzeum.
Wracając, utwierdziłam się w przekonaniu, że Violka ma chyba lekkie problemy z orientacją w (czaso)przestrzeni...
W związku z powyższym, w związku z naszym wspólnym zagadaniem się, ale przede wszystkim w związku z jej nagłym i potężnym uporem, że “jeszcze nie!”, wyrażanym z głębokim przekonaniem na kolejnych, mijanych przystankach – pojechałyśmy co najmniej 5 przystanków za daleko!
A właściwie ja tyle przejechałam, bo Violce jeszcze było mało... Przestałam się z nią wykłócać i zwyczajnie wysiadłam, dopiero gdy usłyszałam z głośnika, że zmieniłyśmy zonę. Jak nic, przypomniała mi się Kopenhaga... **
Violka zaś zawahała się przez ułamek sekundy, który jednak okazał się i tak zbyt długim. Z niewiadomych mi przyczyn, kobieta prowadząca tramwaj zatrzasnęła Violce drzwi przed nosem, zaraz za moimi pleacami. O mało nie ucinając jej przy tym nogi... która to noga, okazała się być najbardziej zdecydowaną wysiąść, częścią Violki. Noga nie miała najmniejszych szans. I razem ze swoją właścicielką odjechała w siną dal – zostawiając mnie samotną, z osłupiałą miną, na tonącym w ciemnościach i całkowicie bezludnym przystanku, nie wiadomo ile kilometrów od akademika.
Zdaje się jednak, że byłyśmy już niedaleko pętli, bo chociaż czekałam na przeciwległym przystanku całkiem długo, Violka pojawiła się w końcu w pierwszym tramwaju, który nadjechał i wyglądało na to, że to ten sam. Ganianie się i szukanie się po nieznanych peryferiach Brna by night – zostało nam tym samym oszczędzone.
__________________________
* menza = stołówka studencka
** niemal identyczną sytuację przeżyłam swego czasu, za którymś pobytem w Kopenhadze.
różnica była taka, że jechałam wtedy sama i autobusem, ale też była już noc, przez okno nic nie było widać, bo ciemno, tabliczka wyświetlająca w środku kolejne przystanki akurat nie działała, a mnie się uparcie wydawało, że to "jeszcze nie"!
otrzeźwiałam również dopiero, kiedy zmieniłam strefę i wysiadłam ciężko spłoszona na jeszcze cięższych peryferiach, po czym ruszyłam w drogę powrotną... pieszo. Od przystanku do przystanku - zdaje się, że dzięki temu do domu przybyłam ponad godzinę później, niż miałam. całe szczęście Duńczycy, to naród w większości niezdolny do okazywania jakichkolwiek (większych) emocji, więc nikt mi awantury nie zrobił i chyba nawet specjalnie się nie przejął... :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz