DZIEŃ PIĄTY – Brno, 28.01.09
A zatem, jedno z dwojga: albo za późno się kładę spać, albo za wcześnie wstaję... (biorąc pod uwagę wczorajsze przygody, to raczej to pierwsze, zresztą na drugie i tak nic nie poradzę).
Skutek jest taki, że zaczynam być chronicznie niewyspana...
Dzisiejszy dzień wyglądał następująco.
Rano zajęcia, w przerwie obowiązkowa narada bojowa w “Domecku” w sprawie: co robimy po szkole? Stałe grono, w składzie ja, Violka, Dorota i Alina, powiększyło się dziś o Kaśkę i Jonathana z mojej grupy. A bufetowa na mój widok już bez pytania stawia na ladzie kubek z gorącą wodą na herbatę, zanim w ogóle wysupłam moje drobniaki i wyartykułuję co chcę... I jak tu ćwiczyć język w praktyce?
Po zajęciach wróciłam tu na zupę, dziewczyny wtrząchnęły coś tam, poza uczelnią, po czym dobiły do mnie i razem ruszyłyśmy na ul.Czeską, pod zegar. Dla tych co z Poznania, wyjaśniam, że to taki tutejszy pręgież, czyli najbardziej typowe i popularne miejsce spotkań. Faktycznie, niezależnie od pory dnia, a niekiedy i nocy – tłum tam stoi i wręcz namacalnie CZEKA...
Tam odnalazł nas po chwili Jarviks, z kobylastą książką archeologiczną, jako odpowiedź na moje wcześniejsze wypytywanie go, czy nie wie skąd można by wytrzasnąć jakieś wielkomorawskie motywy i wzory ozdobne.
Następnie już całą zgrają poszliśmy, zgodnie z planem do muzeum miasta Brna. Trafiliśmy tam na dwie wystawy. Jedna była mała, archeologiczno historyczna, z okresu średniowiecza – na której, wśród eksponatów, rozpoznałam część wyposarzenia drużyny Jarviksa (m.in. Płaszcz i tarczę Zoona). Druga, większa I znacznie bardziej etnograficzna, składała się z przepięknych czarno – białych fotografii terenów słowiańskich, w Europie. Były tam więc ujęcia wiosek i miasteczek w Czechach, Polsce, Litwie, na Słowacji, w Rosji, itd. Najciekawsze jednak były portrety ludzi tam mieszkających, często starszych... Te były naprawdę piękne i robiły wrażenie.
(Bilet studencki na obie wystawy = 35 KC)
Następnie dziewczyny urwały się do “Alberta”, którego niedawno zlokalizowałyśmy jako najbliższy market i który odtąd miał się stać naszym głównym punktem zaopatrywania się w produkty spożywcze. Ja z Jarviksem natomiast, udaliśmy się na jego wydział, w celu skserowania interesujących mnie stron z, taszczonej przez niego przez ten cały czas, opasłej księgi.
Kolejnym przystankiem była dla nas knajpa “Pegaz”, w której to ponownie spotkaliśmy się z dziewczynami. Niedługo potem dobiła do nas Alina z jakimiś dwoma rosyjskimi kumplami z innej grupy, a także po całych wiekach oczekiwań... Rivan.
Z Rivanem z tajemniczych przyczyn nie mogłam się pół dnia skontaktować telefonicznie, mimo że na telefon byliśmy umówieni, po czym spóźnił się na to nasze spotkanie niemożebnie – bo jak się okazało kot mu uciekł, więc przez bite kilka godzin Rivan ganiał po całym osiedlu w poszukiwaniu zwierza. Rivana widziałam pierwszy raz na oczy, ponoć jest nowym “nabytkiem” naszej drużyny, a skontaktował mnie z nim Kain – gdy się dowiedział, że będę w Brnie. Wymieniliśmy parę maili przed moim przyjazdem i umówiliśmy się na jakieś spotkanko, gdy już przyjadę. Czas spotkanka właśnie nadszedł, a Rivana nie ma i nie ma i nie ma... W końcu nawet Jarviks zaczął się niecierpliwić, więc ostatecznie zaczęliśmy wydzwaniać do niego na przemian. W końcu jednak Rivan się pojawił. W drzwiach, we własnej osobie i w przecudnym włóczkowym berecie a la naleśnik robiony na szydełku! Ażurowym, szalenie “stylowym”, noszonym na bakier.. a do tego czarna skóra. Oczami wyobraźni zobaczyłam Rivana ganiającego po osiedlu za kotem.. Po ciemku, z rozwianym włosem, w tym jakże kontrastowym zestawie – i na moment mnie zatchnęło...
Dziewczyny zresztą też, zanim zdołały się opanować, przez chwilę gapiły się na nowo przybyłego jak zaczarowane.
Wkrótce okazało się, że był to zaledwie pierwszy punkt zdobyty przez Rivana, w kategorii “zaskoczenie”. Z kontemplacji bowiem wyrwał nas podejrzany szczęk i trzask z jakim Rivan postawił na stole dzierżoną w ręce reklamówkę. Cóż... teoretycznie to moja wina, bo dzień czy dwa wcześniej, drogą mailową poinformowałam go o naszych uciążliwych nieco brakach w wyposażeniu kuchennym i zapytałam, czy byłaby możliwość pożyczenia od niego jakiegoś garnka .. No dobrze. Fakt, że przez pomyłkę napisałam, że potrzebny nam “hrnek”, zamiast “hrnec”, ale do Peruna – zaznaczyłam wyraźnie, że DO GOTOWANIA, więc się można było chyba domyślić?.. A może mi się tylko tak wydaje. Tak czy inaczej, Rivan się nie domyślił, za to wielkodusznie przyniósł pół serwisu zastawy stołowej! Wszystko ceramiczne, tłukliwe, upiornie ciężkie, z czego nic absolutnie nie było garnkiem, a nawet go nie przypominało.
Przez następne pół wieczoru kajaliśmy się przed sobą nawzajem, wydzierając sobie winę za powstałe nieporozumienie i licytując się, kto jest bardziej głupi i bardziej odpowiedzialny za całą tą sytuację... Z przyniesionej siaty ostatecznie wydobyłam jedynie kubek dla Violki, która była pozbawiona nawet tego, a resztę zwróciłyśmy właścicielowi.
Po jakimś czasie, Dorota z Aliną i Rosjanami zdezerterowali, a my postanowiliśmy znów zmienić lokal. W uszczuplonym składzie: ja, Violka, Jarviks i Rivan – wylądowaliśmy tym razem, w dość spelunowatej knajpie, o jakże swojsko nam jednak brzmiącej nazwie “Drakkar”! :)
W środku “klimacik”, nie za wiele ludzi, nie za dużo dymu, generalnie ok. Wprawdzie miejsca też było nie za dużo, ale ostatecznie jakoś się upchaliśmy przy jednym z wolnych stolików.
W “Drakkarze” zaczęłam robić resztę mojego zadania domowego. Pierwszą część zrobiłam już w “Pegazie”, w czym pomagał mi Jarviks, który poczatkowo bardzo się tym przejął.
W “Drakkarze” już mu się najwyraźniej znudziło i zaproponował mi, że zrobi to zadanie po prostu
za mnie, w 10 minut – czym mnie oczywiście oburzył. Uniosłam się honorem i oznajmiłam, że nie ma mowy! W efekcie kompromisu, ja mówiłam, jak ja bym zrobiła dany przykład a Jarviks z Rivanem albo potwierdzali, że dobrze myślę, albo mnie poprawiali... I trwało to zdecydowanie dłużej niż 10 minut. Momentami jednak, chłopacy sami nie byli pewni jak coś tam odmienić, czy skonstruować, a już najlepsze było, jak się o jeden przykład pokłócili i skończyło się na tym, że Jarviks poleciał do barmana, aby tamten rozstrzygnął spór...
Barman wyglądał jak żywcem przeniesiony z komiksów o Kajko i Kokoszu, natomiast zupełnie nie wyglądał na zainteresowanego rozstrzyganiem tego typu dylematów... Zmierzył Jarviksa dość dziwnym wzrokiem i o mało nie popukał się palcem w czoło. Jarviksa to jednak wcale nie zniechęciło. Nie uzyskawszy pomocy od barmana (i jednocześnie właściciela speluny we własnej osobie), ochoczo ruszył między stoliki szukać pomocy u reszty gości. Skutek był taki, że po 5 minutach cała knajpa rozwiązywała moje zadanie domowe z czeskiej gramatyki...!
Tego dnia już nie było siły – do akademika wracałyśmy z Violką nocnym trolejbusem.
DZIEŃ SZÓSTY – Brno 29.01.09
Rano zajęcia. Po zajęciach dziewczyny poszły coś zjeść w pobliskim, niedawno odkrytym barze.
Ja zaś wylądowałam na ulicy.. z wielką bułą ze smażonym serem, nabytą u tzw. Ufoludka.
Czyli w budzie z lokalną wersją fast food'ów, w której ostatnimi czasy się stołowałyśmy i jakoś tak wyszło, że co najmniej jedna z nas raz dziennie musiała tu nabyć jakiś specjał, częściowo w ramach oszczędności finansowych. Dziś wypadła moja kolej, a nazwa Ufoludek wzięła nam się od tablicy reklamującej budę, na której nie wiedzieć czemu jest wymalowany właśnie ufoludek...
Buda zresztą zapewne nazywa się jakoś zupełnie inaczej, a już z całą pewnością nie znajduje się na Wiewiórach, tylko na ulicy Veveri, ale co tam! Dla nas jest to Ufoludek na Wiewiórach i cześć.
Następnie, posilone, znów się spotkałyśmy i ruszyłyśmy na poszukiwania księgarni i antykwariatów. O dziwo, znalazłyśmy i w jednym z nich kupiłam sobie wreszcie jakikolwiek
słownik polsko-czeski-i-odwrotnie.
Słownik ma trzy zalety. Po pierwsze – JEST. Po drugie – kosztował 15 zł. Po trzecie jest mały I poręczny. Ma też niestety co najmniej dwie wady. Po pierwsze jest nieco przestarzały, bo z 1963 roku, a po drugie bardzo wielu rzeczy w nim poprostu i z niewiadomych przyczyn – nie ma.
Ale jak się nie ma co się lubi,... i na początek powinien wystarczyć.
Dziewczyny też sobie coś powynajdywały i ogólnie rzecz biorąc, wyszłyśmy stamtąd całkiem zadowolone. Po czym ruszyłyśmy do normalnych księgarni. W jednej z nich przepuściłam prawie 400 KC, na dwie książki, a właściwie bajki. Jedna to “Opowiadania z Doliny Muminków”, które już wieki temu uparłam się nabyć w czeskiej wersji i na co już o mało nie straciłam nadziei, a druga, to tłumaczona na czeski bajka dla dzieci autorstwa G.R.R. Martina, pt”Lodowy Smok”.
Autora znam, w końcu przebrnęłam przez 7 ceglastych tomów jego, wciąż nieskończonej, sagi – nie posądzałabym go wprawdzie o twórczość dla dzieci, ale skoro takowe dziełko popełnił to uznałam, że co tam, biorę i na dodatek “będę wiedzieć wszystko przed wszystkimi”, bo jakoś nie słyszałam, żeby miało się to w najbliższym czasie ukazać w polskim przekładzie. Ilustracje zresztą też to miało dość ładne.
Trochę żałowałam, że nie udało mi się znaleźć żadnej ciekawej oryginalnie czeskiej bajki, oprócz bardzo ładnie wydanych czeskich podań i legend, które jednak były duże, bardzo ciężkie i do najtańszych – delikatnie mówiąc – nie należały. Cała reszta była albo wydana w bardzo nieporęcznym formacie i miałabym kłopot z transportem w plecaku, albo miała koszmarną (!) szatę graficzną... co było dość zaskakujące, zważywszy na znane tradycje i osiągnięcia Czech w tej dziedzinie.
Z księgarni wróciłyśmy grzecznie do akademika, odrabiać kolejne kobylaste zadanie domowe na jutro.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz