poniedziałek, 27 czerwca 2011

Kochani,

Nadganiam, nadganiam... choć czas goni :P
Ale co ja mam poradzić na to, ze tyle ciekawych rzeczy wciąż się wokół dzieje? :)

Przedostatnie dwa tygodnie, czyli od około 3 - 19.06.2011 - wyglądało u mnie z grubsza tak:
Pobudka, od ok. 9.00 rano do 12.00 własnoręczna praca przy remoncie dziupli (ktoś kiedyś słusznie powiedział, że remont to stan, który nigdy się nie kończy! a popadłam w niego, zdaje się dość tradycyjną drogą... jak już pisałam, wymieniłam drzwi. nowe drzwi zaczęły oczywiście świecić taką nowością, że sufit w pokoju jakoś nagle przybladł, zszarzał... no i postanowiłam go odmalować. jak odmalowałam sufit, to oczywiście ściany nagle zaczęły razić, więc zabrałam się za ścianę. tu już jednak należało się bardziej przyłożyć i nie obyło się bez mycia. oczywiście jak wyszorowałam ścianę, to odlazły z niej co bardziej wiekowe lub dosztukowywane fragmenty i zrobiły się w tych miejscach dziury w tynku. dziury należało zatem zagipsować. zagipsowane, przeszlifować i dopiero pomalować na kolor, który już otrzymała reszta powierzchni... zabawa na całego i tak "w koło Macieju"... )
Zatem, 9.00 - 12.00 remont, ok.13.00 -14.00 przygotowywanie i spożywanie obiadu, ewentualnie jakieś drobne spożywcze zakupy, od mniej więcej 14/15.00 - 20.00 praca (czasem na dwie raty, przy czym pierwsza rata odbywała się wtedy kosztem remontu, około 11.00 - 13.00), jakieś jedzenie gdzieś w biegu i ok. 20.00 koncert (lub inne wydarzenie ogólnie określane jako kulturalne, np. potańcówka na Cytadeli ;) z którego wracało się około godziny 02.00 - 04.00 rano, na krótką drzemkę... I OD NOWA!
W międzyczasie zaś, załatwianie przeróżnych formalności związanych z wyjazdem, typu wyrobienie sobie karty ubezpieczenia zdrowotnego w NFZ, itd.
(Tym samym, czuję się nieco usprawiedliwiona nie pisaniem na bieżąco, aczkolwiek mnie samą już też nieco denerwuje ciągłe pisanie "w tył"...)

Pierwszy weekend czerwca opisałam już (zdawkowo,bo zdawkowo) ostatnio.
Wracając zaś do wizyty w NFZ... jakież było moje zaskoczenie, gdy w kolejce do okienka, spotkałam znajomego Białorusina, z którym się nie widziałam już ze dwa lata, ponieważ obecnie mieszka głównie za granicą. W dodatku w sam czas, bo właśnie dzięki temu spotkaniu, dowiedziałam się od V. o odbywającym się następnego dnia (15.06.2011) koncercie zespołu "Stary Olsa", w klubie Blue Note.

Cóż... biorąc pod uwagę, że "Stary Olsa" koncertuje w Poznaniu raz na 2-3 lata, i to jak dobrze pójdzie... że nie widzieliśmy się z rok, albo i więcej... że koncerty są zawsze super i prawdopodobnie spotka się na nich kogoś znajomego...
No, mówiąc krótko: TAKA OKAZJA i OCZYWIŚCIE niezależnie od napiętych planów i podpierania się nosem NIE MOGŁAM JEJ PRZEPUŚCIĆ! :)
Jak to się mówi "stanęłam na głowie" zatem, żeby się wyrobić ze wszystkimi obowiązkami na ten dzień i... pognałam na koncert! :)

WARTO BYŁO! A after-party, to już osobna historia... ale TEŻ WARTO BYŁO zostać! :)
Które opuściłam wraz ze spotkaną znajomą - S., autobusem nocnym, o godzinie 04.00 rano... Uczciwie przyznaję, S. miała gorzej, bo szła następnego dnia do pracy na 8.00, a nie jak ja, na 9.00 - ale była dzielna. Zresztą, co tam kilka godzin snu, raz na (biało)ruski rok, kiedy można się spotkać i pogadać ze znajomymi? ;)



Ledwo udało mi się nieco oprzytomnieć po tym środowym koncercie (i niezmiennym, mimo to, trybem dni kolejnych) a tu już był weekend. W sobotę postanowiłam sobie wreszcie zrobić pierwszy dzień wolny od tygodnia i wybrałam się, dzięki uprzejmości koleżanki ze studiów - Eweliny i jej dzieciaków, którzy mnie zabrali ze sobą - na VII Festiwal Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej w Lądzie nad Wartą (18-19.06.2011).
Pojechałam tam w "cywilu" i tylko na kilka godzin, ale i tak było fajnie!
Trochę się tam zresztą zmieniło i "rozrosło" od mojego ostatniego pobytu na tym festiwalu... ale w końcu, KIEDY TO BYŁO?! :) Z dobre 3-4 lata temu...

Wszystkich zainteresowanych odsyłam na:
http://www.festiwal-lad.pl/

Wracaliśmy około godziny 16.00, Ewelina wyrzuciła mnie w mieście.. prosto na pierwszy tego dnia koncert odbywający się w ramach kolejnej edycji ETHNO PORTU POZNAŃ! A był nim występ Marii Pomianowskiej, z przyjaciółmi... Też po prostu MUSIAŁAM BYĆ! :D W ogóle, w tym roku (w ramach oszczędności i zaciskania pasa :P), wykupiłam sobie karnet tylko na jeden dzień festiwalu... zdaje się, że po raz pierwszy, a bywam tam bodaj od pierwszej edycji festiwalu :) I to właśnie występ Marii Pomianowskiej zadecydował w dużej mierze o tym, że wybrałam sobotę.
Drugim poważnym czynnikiem był koncert zespołu "3MA", który z kolei występował tego dnia jako ostatni... i trwało to do 01.00 w nocy. (Znowu!.. @__@)
OBA KONCERTY BYŁY JEDNAK PRZEPIĘKNE! :)



www.ethnoport.pl/

www.pomianowska.art.pl/
http://www.dailymotion.com/video/x89z9a_3ma-anfass_music

W niedzielę mieliśmy jechać jeszcze raz do Lądu, w tym samym składzie, jednak Ewelina musiała ostatecznie zostać z dziećmi w Poznaniu.
Mimo to, i tak, w końcu ponownie znalazłam się tego dnia w Lądzie! I tu z kolei - głębokie ukłony dla Basi i Xeni, które o mnie pomyślały i wygospodarowały kawałek samochodu pomiędzy instrumentami... Okazało się bowiem, że w niedzielę Xenia z Basią oraz Jackiem - grali w Lądzie koncert ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz