poniedziałek, 24 października 2011

CZECHY 2009 - wróżka na obczyźnie, epizod brnieński cz. 5

DZIEŃ ÓSMY – Brno 31.01.2009

Zapewne dlatego, że jest weekend, a także ponieważ wczoraj pół dnia mówiłyśmy, że dziś trzeba się w końcu wyspać – obudziłam się jak głupia o 8.00. Jednak obudzić się, a wstać, to zupełnie dwie różne rzeczy! Przeczytałam sobie kawałek książki. Ale za to nie udało mi się zebrać i wygrzebać o właściwej porze, skutkiem czego, nie zdążyłam na jakąś wystawę ilustracji, na Spilberku, którą miałam początkowo w planach.
Z drugiej strony, nie lubię robić za “japońską wycieczkę”, bo to żadne zwiedzanie, a bałam się, że jak pójdę i nie będę się spieszyć, to albo nie zdążę wszystkiego obejrzeć, albo spóźnię się na spotkanie... z Nikolą. Umówiliśmy się bowiem na godzinę 13.45, przed blokiem A1, bo mieliśmy pojechać raem z Admirem i jakimiś ich kolegami nad pobliskie jezioro – tzw. Brnenska Prehrada.
Tak trochę jak nasz Kiekrz, chociaż bliżej miasta, bo jedzie się tam normalnym tramwajem, około 10 przystanków od nas. Latem musi być tu całkiem ładnie. Jezioro jest długie, choć wąskie, w tle górki i pagórki. Podobno gdzieś na nich jest jakiś fajny zamek, Nikola tam był, ale mówi, że jest otwarte tylko latem. Wracając do jeziora.. dookoła trochę byle jakiej zabudowy o charakterze rozrywkowo – użytkowym oraz zaczynające się lasy.
Teraz wyglądało to trochę gorzej, bo woda się cofnęła, czy też może została częściowo spuszczona (w końcu to sztuczne jezioro, powstałe przez zatamowanie czegoś wyżej) i przy brzegu widać spory pas błota i śmieci. Ale za to kawałek dalej wszystko było zamarznięte! A na tym zamarzniętym pełno ludzi, dzieci, psów... Wszyscy spacerują, jeżdżą na łyżwach i grają w hokeja. Było nawet kilku paralotniarzy. Oczywiście nie minęło wiele czasu i nam się udzielił ogólny beztroski nastrój. A w ogóle, ostatecznie pojechaliśmy tylko we trójkę, tzn. ja, Nikola i Admir.
Tak więc ślizgaliśmy się na tym lodzie, trochę przepychaliśmy, ścigaliśmy, rysowaliśmy na tej przypruszonej śniegiem tafli, wygłupialismy się.. I ogólnie mieliśmy niezłą zabawę, a przy okazji nawet nie zmarzliśmy, choć mróz też był niezły. Znowu się czułam, jakbym miała 2 fajnych braci :D
Wróciliśmy późnym popołudniem. Wieczorem dziewczyny poszły na dyskotekę, gdzie też ponoć było fajnie, ale mnie się już nie chciało i zostałam tym razem w akademiku. Jakoś nie żałuję.








DZIEŃ DZIEWIĄTY – Brno, 01.02.2009

Urodziny Violki.
Znowu obudziłam się dość wcześnie, ale nie chciało mi się za bardzo wstawać, tym bardziej, że Dorota też odsypiała imprezę. Kiedy się w końcu zwlokłyśmy, zaczęłyśmy kombinować co by tu Violce dać w ramach prezentu. Za dużego wyboru nie było, w końcu dostała: kisiel, batoniki oraz mus kasztanowy – wszystko to elegancko zapakowane w kolorowe strony z jakiegoś czeskiego magazynu, udające ozdobny papier pakowy. W końcu, obczyzna, zesłanie (wprawdzie dobrowolne), itd. Do tego dołączyłyśmy osobliwą kartkę, stworzoną przeze mnie długopisem oraz zakreślaczami na zeszytowej kartce w kratkę.. Efekt był dość dziwy, ale w końcu liczą się chęci – tworzyłyśmy nasz zestaw urodzinowy, z tego co było dostępne pod ręką.
Następnie poszłyśmy jej to wszystko zanieść. W drzwiach patriotycznie ryknęłyśmy gromkie “Sto lat”! Zdaje się, że skupione na sile dźwięku wydobywanego, trochę mniej uwagi poświęciłyśmy melodii... Biorąc jednak pod uwagę, że jednocześnie usiłowałyśmy sie nie udusić ze śmiechu, i tak byłyśmy dzielne, bo odśpiewałyśmy całość. I nie ma mocnych – co najmniej pół akademika musiało się wtedy poddać chwilowemu szerzeniu tradycji polskiej...
Violka też była dzielna. Wysłuchała naszych radosnych ryków do końca, aczkolwiek wyglądała przy tym tak, że nie jestem wcale pewna czy nie wypchnęła nas i nie zatrzasnęła drzwi przed nosem tylko dlatego, że była w szoku i zwyczajnie zabrakło jej siły. Z drugiej strony, może i faktycznie lepiej było nas wpuścić i trzymać ukryte w środku, niż pozwolić nam ryczeć na korytarzu pod drzwiami.. Potem siedziałyśmy u Violki i po prostu gadałyśmy, dopóki nie postanowiłyśmy iść do kina, z czego ja się ostatecznnie wycofałam, bo przypomniałam sobie o Spilberku.
Drugie podejście do zwiedzania tego punktu na brnieńskiej mapie, wypadło o tyle lepiej, że dotarłam tam i obleciałam cały zamek dookoła. Połaziłam też wcześniej trochę po mieście i wreszcie porobiłam trochę fotek architektury. Nie znalazłam natomiast informacji turystycznej.
Ze Spilberku natomiast wygnało mnie niemal kłusem zimno oraz fakt, że mi przemokły buty oraz spodnie, a w dodatku odmroziłam sobie dłonie i to już ostatecznie przesądziło o odwrocie.
Widać moje rękawiczki nie są na tutejszą zimę, a ta tu jest prawdziwa! Dziś pełno śniegu, w niektórych miejscach ciężko przejść, temperatura około -7 C.
Wieczorem poszłyśmy sobie we trzy do hollu przy portierni, włączyłyśmy sobie TV i siedziałyśmy tam rządkiem, oglądając jakiś czeski film z Bolkiem Polevką.

Spilberk:




Narnia?... :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz